Ludzie uwielbiają niezwykłe historie, do tego jeszcze z happy endem i przesadnie skromnym bohaterem. Ostatnio zapanowała moda na Rodrigueza. Postacie z Searching for Sugar Man opowiadające o Rodriguezie wtłoczyły nam opinię o nim i przekonały o jego niezaprzeczalnych zdolnościach i talencie jeszcze zanim zdążyliśmy poznać jakąkolwiek jego piosenkę. Nie mieliśmy właściwie szansy na subiektywną ocenę twórczości Sixto - został oficjalnie zdefiniowany jako artysta doskonały i do tego legenda, a z tym nikt nie ma prawa dyskutować. Nie dziwią nikogo ani trochę porównania do Boba Dylana, no może tylko jego samego, tym bardziej, że wypadają na jego niekorzyść. Dylan po tylu latach dominacji w powszechnej opinii jako czołowy pieśniarz o charakterze ponadczasowym, nagle zmuszony jest dzielić tron z anonimową dotąd postacią, która w dodatku nie jest tak zblazowana swoją pozycją jak on sam, przez co budzi zdecydowanie większą sympatię. Ciekawe, czy on też słucha z zachwytem płyt nowoodkrytego geniusza?
Historia Rodrigueza to jedno, film "Searching for Sugar Man" - co innego. Ogląda się go zaskakująco dobrze jak na dokument. Przede wszystkim polecam podejście do niego bez wcześniejszego zapoznawania się z historią bohatera. Ogląda się go wówczas jak dobry film sensacyjny. Do tego dochodzi jeszcze fajnie zbudowany przez twórców filmu nastrój wspólnego odkrywania tajemnicy. Efekt zaskoczenia murowany!
Wracając do samego bohatera tej opowieści, trzeba przyznać, że potrafi zjednywać sobie fanów. Wydaje się być tak przejęty i zadziwiony tym co wokół niego się dzieje, że ma się ochotę go przytulić i powiedzieć "Spokojnie, nie przejmuj się, jeszcze chwilę będą to wałkować w każdym magazynie i każdej stacji, a potem im się znudzi jak każda inna niezwykła historia i dadzą ci znów spokój..."
Najwspanialszy moment filmu - na pewno to ten, który wycisnął łzy wzruszenia. Kiedy zszokowany Sixto wchodzi na scenę by dać swój pierwszy koncert (wyprzedany do ostatniego miejsca) i spogląda na rozszalały i wiwatujący, zakochany w nim tłum, jego oczy mówią wtedy wszystko zastępując wszystkie recenzje jego twórczości i autobiograficznego filmu - tak wygląda człowiek, który jest niewyobrażalnie szczęśliwy bo jego marzenie dogoniło go w momencie, kiedy on sam już o nim zupełnie zapomniał. Morał z jego historii jest więc tak oczywisty, że nie wymaga werbalizowania.
Rozkoszujcie się jego muzyką, bo tak brzmią spełnione marzenia:
Nie-muzyk o muzyce, nie-filmowiec o filmie, psycholog o własnych obserwacjach świata, życia i ludzi
Showing posts with label film. Show all posts
Showing posts with label film. Show all posts
Thursday, 18 April 2013
Thursday, 29 December 2011
Foo Fighters: Back and Forth
Jak to miło, że kiedy zaczynam pisać o Foo Fighters komputer losuje mi właśnie ich kawałek "Aurora". Nastrój buduje się sam.
Dokumenty muzyczne to mój ulubiony gatunek filmowy. Nie trzeba mnie specjalnie zachęcać do ich obejrzenia, a kiedy dotyczą jednego z moich ulubieńców - nie sposób mnie od tego powstrzymać.
Foo Fighters zawsze byli dla mnie interesującym tworem. Nie mówię tu już o muzyce, która broni się sama, ale raczej o członkach zespołu tworzących tą niebanalną całość. Sam głównodowodzący Dave Grohl jest materiałem na niemałą rozprawę traktującą o osobowości radzącej sobie z niespodziewaną sławą ciągnącą się za nim niemalże dwie dekady po rozpadzie zespołu, osobowości przywódczej o rysach władczości a przy tym osobowości radosnej, nieustannie skłonnej do wygłupów w wieku 42 lat, ale tylko w momencie gdy zaspokojona jest jego potrzeba totalnej perfekcyjności we wszystkim co robi. "Back and Forth" tylko potwierdza jego rolę zdecydowanego lidera w Foo Fighters. Właściwie można pokusić się o stwierdzenie, że Foo Fighters to Dave Grohl i jego ludzie od instrumentów. Zastanawia mnie tylko, jak Dave hamował swoje przywódcze zapędy w Nirvanie, gdzie to on właściwie był tylko jednym z instrumentalistów (do tego tym, który dołączył stosunkowo późno do mocno zżytych ze sobą Kurta i Krista), będących w cieniu lidera, który zresztą nieraz straszył go, że w każdej chwili może zmienić skład swojego zespołu. Cóż, to już rozważania na inną okazję.
Jeśli chodzi o sam film - nie jest on na pewno nudny, co jest częstą bolączką filmów dokumentalnych wyposażonych przecież głównie w wywiady i zdjęcia. Ogląda się go jak film fabularny, opowiadający historię ludzi. Są w nim prawdziwe emocje, wątpliwości, dużo humoru, a nawet łzy, ale bez zbędnej amerykańskiej pompy. Nie dowiecie się wprawdzie wiele o prywatnym życiu chłopaków, ale zobaczycie dom Dave'a oraz jego urocze córki odciągające tatę od pracy nad "Wasting Light". Moje dwa ulubione momenty to: Krist odwiedzający zespół podczas nagrania oraz Dave - rockstar "jadący na mopie" w swoim domu.
Co w tym gościu takiego jest, że nawet moja mini - recenzja filmu o całym zespole Foo Fighters niespodziewanie zmieniła się w wywód na temat samego Dave'a... Automatycznie dostaliście właśnie obraz tego, co zostaje w widzu po obejrzeniu "Foo Fighters: Back and Forth". Mimo wszystko - pozycja obowiązkowa dla fanów oraz wszystkich lubiących fajne historie fajnych i ciekawych ludzi.
Cheers!!
Dokumenty muzyczne to mój ulubiony gatunek filmowy. Nie trzeba mnie specjalnie zachęcać do ich obejrzenia, a kiedy dotyczą jednego z moich ulubieńców - nie sposób mnie od tego powstrzymać.
Foo Fighters zawsze byli dla mnie interesującym tworem. Nie mówię tu już o muzyce, która broni się sama, ale raczej o członkach zespołu tworzących tą niebanalną całość. Sam głównodowodzący Dave Grohl jest materiałem na niemałą rozprawę traktującą o osobowości radzącej sobie z niespodziewaną sławą ciągnącą się za nim niemalże dwie dekady po rozpadzie zespołu, osobowości przywódczej o rysach władczości a przy tym osobowości radosnej, nieustannie skłonnej do wygłupów w wieku 42 lat, ale tylko w momencie gdy zaspokojona jest jego potrzeba totalnej perfekcyjności we wszystkim co robi. "Back and Forth" tylko potwierdza jego rolę zdecydowanego lidera w Foo Fighters. Właściwie można pokusić się o stwierdzenie, że Foo Fighters to Dave Grohl i jego ludzie od instrumentów. Zastanawia mnie tylko, jak Dave hamował swoje przywódcze zapędy w Nirvanie, gdzie to on właściwie był tylko jednym z instrumentalistów (do tego tym, który dołączył stosunkowo późno do mocno zżytych ze sobą Kurta i Krista), będących w cieniu lidera, który zresztą nieraz straszył go, że w każdej chwili może zmienić skład swojego zespołu. Cóż, to już rozważania na inną okazję.
Jeśli chodzi o sam film - nie jest on na pewno nudny, co jest częstą bolączką filmów dokumentalnych wyposażonych przecież głównie w wywiady i zdjęcia. Ogląda się go jak film fabularny, opowiadający historię ludzi. Są w nim prawdziwe emocje, wątpliwości, dużo humoru, a nawet łzy, ale bez zbędnej amerykańskiej pompy. Nie dowiecie się wprawdzie wiele o prywatnym życiu chłopaków, ale zobaczycie dom Dave'a oraz jego urocze córki odciągające tatę od pracy nad "Wasting Light". Moje dwa ulubione momenty to: Krist odwiedzający zespół podczas nagrania oraz Dave - rockstar "jadący na mopie" w swoim domu.
Co w tym gościu takiego jest, że nawet moja mini - recenzja filmu o całym zespole Foo Fighters niespodziewanie zmieniła się w wywód na temat samego Dave'a... Automatycznie dostaliście właśnie obraz tego, co zostaje w widzu po obejrzeniu "Foo Fighters: Back and Forth". Mimo wszystko - pozycja obowiązkowa dla fanów oraz wszystkich lubiących fajne historie fajnych i ciekawych ludzi.
Cheers!!
Saturday, 7 May 2011
Metalliczny potwór
Wujek onet donosi, że dziś mija 30 lat od kiedy Lars Urlich opublikował ogłoszenie "perkusista szuka innych metalowych muzyków, którzy chcieliby wspólnie pograć utwory Tygers of Pan Tang, Diamond Head i Iron Maiden". Co z tego wyszło, wszyscy doskonale wiemy. I bardzo dobrze, że James Hettfield kupił akurat wtedy tą gazetę.
Nie chcę pozować na wielkiego fana Metallici, czy znawcę ich twórczości. Nie jest to typ muzyki, której chętnie słucham, aczkolwiek nie wyobrażam sobie zignorowania dokonań tych panów z LA.
Nieświadoma owej rocznicy, przedwczoraj niejako uczciłam ją fundując sobie projekcję "Metallica: Some Kind Of Monster". Muszę przyznać, że bandmates wykazali się nie lada odwagą decydując się na wydanie tego dokumentu. Pokazuje on w prawie zupełnym psychicznym negliżu facetów uważanych za niebywałych twardzieli. Co więcej odsłania też mnóstwo kwasów, które nieustannie zatruwały relacje członków zespołu i osób z ich otoczenia.
Na rozluźnienie atmosfery po obejrzeniu trudnych dyskusji chłopców z Metallici proponuję ten oto filmik. Rozgrzewka wokalisty deathmetalowego (z lekkim przymrużeniem oka).
Teraz widzicie, że wokal deathmetalowy to nie zwyczajny krzyk nie wymagający przygotowania :) Swoją drogą, chwilami bardzo przypominał mi on dźwięki jakie można usłyszeć np. na National Geografic :]
pozdro!!
Nie chcę pozować na wielkiego fana Metallici, czy znawcę ich twórczości. Nie jest to typ muzyki, której chętnie słucham, aczkolwiek nie wyobrażam sobie zignorowania dokonań tych panów z LA.
Nieświadoma owej rocznicy, przedwczoraj niejako uczciłam ją fundując sobie projekcję "Metallica: Some Kind Of Monster". Muszę przyznać, że bandmates wykazali się nie lada odwagą decydując się na wydanie tego dokumentu. Pokazuje on w prawie zupełnym psychicznym negliżu facetów uważanych za niebywałych twardzieli. Co więcej odsłania też mnóstwo kwasów, które nieustannie zatruwały relacje członków zespołu i osób z ich otoczenia.Na rozluźnienie atmosfery po obejrzeniu trudnych dyskusji chłopców z Metallici proponuję ten oto filmik. Rozgrzewka wokalisty deathmetalowego (z lekkim przymrużeniem oka).
Teraz widzicie, że wokal deathmetalowy to nie zwyczajny krzyk nie wymagający przygotowania :) Swoją drogą, chwilami bardzo przypominał mi on dźwięki jakie można usłyszeć np. na National Geografic :]
pozdro!!
Wednesday, 13 April 2011
Glitter Kids in Velvet Goldmine, czyli skąd się wzięła Lady Gaga

Mam nadzieję, że każdy z Was ma już swój hipnofilm. Nie wiecie co to? Więc jeszcze go nie obejrzeliście.
Moim hipnofilmem jest zdecydowanie, jedyny w swoim rodzaju Velvet Goldmine. To doskonałe połączenie moich dwóch ulubionych muz - muzyki i filmu - okraszone imponującymi kreacjami aktorskimi. Mogę Wam zagwarantować, że jeszcze nie widzieliście takiego Christiana Bale'a, Johnatana Rhys Meyersa oraz Ewana McGregora. Widz, który co nieco interesuje się muzyką, szybko odnajdzie w tym filmie szereg odwołań i nawiązań do faktów i postaci z historii muzyki. Wywoła to na pewno uśmiech na jego twarzy, jednak prawdziwej uczty dostarcza tu nie tyle sama fabuła, co niesamowity klimat niepowtarzalnych lat 70. Bijący swym blaskiem glam rock długo nie daje o sobie zapomnieć, wprawiając widza w zakłopotanie, a może nawet lekkie poczucie winy po przyznaniu przed sobą, że oglądanie facetów w pełnym kolorów makijażu paradujących po scenie w obcisłych, błyszczących kombinezonach na prawdę sprawiało mu przyjemność. Cóż, przed projekcją Velvet Goldmine trzeba przygotować się na to, że może on przedefiniować Wasze osobiste, dotychczasowe postrzeganie estetyki muzycznej, jak również tej dotyczącej płciowości i granic jakie narzuca nam płeć.
Jeśli lubicie filmy muzyczne, Velvet Goldmine jest dla Was pozycją obowiązkową. Odważcie się obejrzeć prawdziwy, uwolniony od schematów, rock and roll'owy film. To jedyna okazja aby zachłysnąć się atmosferą glam rockowych ulic lat 70. Prowadzić będą Was nieszablonowi przewodnicy, wspomagający się wieloma cytatami Oscara Wilde'a. Po prostu dajcie się zaprosić do ich błyszczącego, dziwnego świata.
Friday, 11 February 2011
Alien born on Earth

Ciężko napisać coś o kimś takim jak Kurt Cobain. Tak to już z legendami, że budzą skrajne emocje. Kiedy powiemy coś na jego temat, zawsze znajdzie się osoba o zupełnie odmiennej opinii od naszej. Dużym sprytem okazali się twórcy filmu "Kurt Cobain About a Son". Nie narażając się na potępienie przez fanów Kurta za przedstawienie ich bóstwa w nieodpowiednim świetle, pozwolili mu mówić samemu o sobie. W ten sposób powstał niezwykły autobiograficzny dokument. Kurt próbuje opowiedzieć coś o sobie, jednocześnie nie obnażając się za bardzo. Myślę, że podczas tych rozmów dowiaduje się kilku rzeczy na temat samego siebie. Pomimo jego zaciekłej postawy obronnej wobec swej prywatności, możemy dostrzec pewien wycinek wewnętrznego świata Kurta, jednak tylko wówczas, gdy usłyszymy to, co niewypowiedziane wprost.
Sam film okazał się dosyć ciekawym zjawiskiem - chociaż jego bohater obecny jest tylko w wersji audio, a obraz stanowią liczne sceny luźno związane z miejscami w których bywał (bynajmniej nie są to fragmenty koncertów itp, których się spodziewałam), film ani przez chwilę nie nudzi odbiorcy. Wprowadza go natomiast w nastrój, na którego określenie mogę znaleźć tylko jedno niespecyficzne słowo - dziwny. Czyżby taki był również główny bohater tego dokumentu? Nie wiem czy Kurt był dziwny, ale na pewno jako taki jest postrzegany przez wielu ludzi. Dla mnie był on człowiekiem niezwykle wrażliwym, zagubionym w sieci swoich paranoi i bólów nerwicowych, który bał się siebie samego. Niezwykle interesujący dla innych, nieznośny dla samego siebie.
Wednesday, 9 February 2011
Psychiatra na terapii
Nie mam pojęcia dlaczego tak późno sięgnęłam po ten film. Dobrze, że w ogóle to zrobiłam bo okazał się niemałym zaskoczeniem, małą perełką. Po opisie spodziewałam się mdłego romansidła, zupełnie nie w moim guście, jednak obsada oczywiście mnie skusiła. W tym przypadku niespełnione oczekiwania okazały się miłym prezentem.
"Don Juan DeMarco" jest przecudowną i do tego bardzo zabawną historią o terapii duszy. Choć na początku oczywistym jest kto jest pacjentem a kto lekarzem, wraz z postępem opowieści Don Juana granica ta zaczyna się rozmywać. Trudno w końcu określić, który z bohaterów bardziej korzysta na tej terapii. Ja mam swojego faworyta.
Dawno nie słyszałam, żeby ktoś tak pięknie mówił o miłości. Szkoda, że w dzisiejszych czasach tak mało ludzi jest chorych na romantyczność. A może ktoś znalazł na nią lekarstwo, albo okazała się nie być aż tak zaraźliwa? Mam nadzieję, że nie.
Obowiązkowa pozycja dla każdego faceta!!! Zobaczcie Panowie, że Don Corleone też potrafi być romantyczny nawet po 32 latach małżeństwa. Dla dziewczyn oczywiście też - Don Juan nie mógłby wyglądać inaczej niż Johnny!
"Have you ever loved the woman....."
"Don Juan DeMarco" jest przecudowną i do tego bardzo zabawną historią o terapii duszy. Choć na początku oczywistym jest kto jest pacjentem a kto lekarzem, wraz z postępem opowieści Don Juana granica ta zaczyna się rozmywać. Trudno w końcu określić, który z bohaterów bardziej korzysta na tej terapii. Ja mam swojego faworyta.
Dawno nie słyszałam, żeby ktoś tak pięknie mówił o miłości. Szkoda, że w dzisiejszych czasach tak mało ludzi jest chorych na romantyczność. A może ktoś znalazł na nią lekarstwo, albo okazała się nie być aż tak zaraźliwa? Mam nadzieję, że nie.
Obowiązkowa pozycja dla każdego faceta!!! Zobaczcie Panowie, że Don Corleone też potrafi być romantyczny nawet po 32 latach małżeństwa. Dla dziewczyn oczywiście też - Don Juan nie mógłby wyglądać inaczej niż Johnny!
"Have you ever loved the woman....."
Friday, 28 January 2011
Nie poprawiaj wyobraźni
Wczoraj zakończyłam moją podróż po dolinie Salinas. Moim przewodnikiem był pan Steinbeck. Ze swego zadania wywiązał się doskonale. Oprócz barwnie przedstawionej historii kilku rodzin, zafundował mi również niezapomnianą podróż do wnętrza każdego z bohaterów. Czytając o nich miałam wrażenie, jakbym każdego z nich bardzo dobrze znała. Ale Steinbeck przemyca również wśród tych ciekawych historii bardzo ważne przesłanie. Biblijna historia Kaina i Abla, stanowiąca oś tej powieści, zapoznaje czytelnika z magicznym słowem powracającym kilkakrotnie jak bumerang - Timszel. Możesz panować nad grzechem - zawsze masz wybór, będziesz taki, jak chcesz być.
Zachęcona bardzo wysoką filmwebową oceną, pokusiłam się o zapoznanie się od razu z adaptacją "Na wschód od Edenu" zaproponowaną przez Kazana. Niepotrzenie....
Właściwie nic w tym filmie nie podobało mi się w pełni. Nawet rewelacyjny James Dean nie stworzył Cala w takiej postaci, jak oczekiwałam. Miał oczywiście sporo jego cech, ale miał też zupełnie do niego nie pasujące. Ogromne zmiany fabuły jakie wprowadził scenarzysta doprowadzały mnie do szału. Już samo pominięcie postaci Li, który tak naprawdę był tam jedną z kluczowych postaci, było karygodne! Cathy (Kate) wcale nie była demoniczna, Aron okazał się przygłupawy i nieczuły, Cala przedstawiono jako dzikusa lekceważącego ojca, a Adama jako zdecydowanie faworyzującego Arona i demonstrującego to na każdym kroku. Dlaczego reżyser aż tak bardzo zmodyfikował oryginał? Przecież Cal bardzo kochał i szanował swojego ojca. Cal wcale nie był złośliwy ani zły - to były cechy, których cały czas się obawiał, przed którymi uciekał. Cal nie rywalizował aż tak ostentacyjnie z Aronem o miłość do ojca. Adam bardzo kochał obu synów i wcale nie wyróżniał aż tak mocno Arona. Pomijam już fakt, że zrozumienie całej sytuacji panującej w filmie jest wręcz niemożliwe bez znajomości wszystkich wydarzeń, które ukształtowały naszych bohaterów i doprowadziły ich właśnie do tego miejsca.
Wniosek nasuwa się tylko jeden - najlepsza adaptacja książki powstaje w naszej wyobraźni. Być może ta ekranizacja "Na wschód od Edenu" jest właśnie odzwierciedleniem tego, co ukształtowała wyobraźnia Kazana w reakcji na dzieło Steinbecka. Moja byłaby jednak zupełnie inna.
Zachęcona bardzo wysoką filmwebową oceną, pokusiłam się o zapoznanie się od razu z adaptacją "Na wschód od Edenu" zaproponowaną przez Kazana. Niepotrzenie....Właściwie nic w tym filmie nie podobało mi się w pełni. Nawet rewelacyjny James Dean nie stworzył Cala w takiej postaci, jak oczekiwałam. Miał oczywiście sporo jego cech, ale miał też zupełnie do niego nie pasujące. Ogromne zmiany fabuły jakie wprowadził scenarzysta doprowadzały mnie do szału. Już samo pominięcie postaci Li, który tak naprawdę był tam jedną z kluczowych postaci, było karygodne! Cathy (Kate) wcale nie była demoniczna, Aron okazał się przygłupawy i nieczuły, Cala przedstawiono jako dzikusa lekceważącego ojca, a Adama jako zdecydowanie faworyzującego Arona i demonstrującego to na każdym kroku. Dlaczego reżyser aż tak bardzo zmodyfikował oryginał? Przecież Cal bardzo kochał i szanował swojego ojca. Cal wcale nie był złośliwy ani zły - to były cechy, których cały czas się obawiał, przed którymi uciekał. Cal nie rywalizował aż tak ostentacyjnie z Aronem o miłość do ojca. Adam bardzo kochał obu synów i wcale nie wyróżniał aż tak mocno Arona. Pomijam już fakt, że zrozumienie całej sytuacji panującej w filmie jest wręcz niemożliwe bez znajomości wszystkich wydarzeń, które ukształtowały naszych bohaterów i doprowadziły ich właśnie do tego miejsca.
Wniosek nasuwa się tylko jeden - najlepsza adaptacja książki powstaje w naszej wyobraźni. Być może ta ekranizacja "Na wschód od Edenu" jest właśnie odzwierciedleniem tego, co ukształtowała wyobraźnia Kazana w reakcji na dzieło Steinbecka. Moja byłaby jednak zupełnie inna.
Tuesday, 11 January 2011
Czuć rozumem czy rozumieć sercem?
Zafundowałam sobie dziś czarno-biały wieczór na Manhattanie z Woody Allenem.

Muszę przyznać, że Allen coraz bardziej rozpycha się na mojej półce wśród ulubionych reżyserów. Niby bez fajerwerków, brawurowej akcji, niby nieustannie nawijający neurotyk, a daje taką przyjemność z oglądania i przede wszystkim słuchania jego dziwacznych wywodów na temat życia, świata i ludzi. Do tego jeszcze jest zabawny - czego chcieć więcej?
No właśnie, czego? Oglądając uczuciowe perypetie nowojorskich tzw. intelektualistów, zauważyłam pewną kwestię. Co jest dla nas atrakcyjniejsze - piękno czy intelekt? Może jeszcze inaczej, bo piękno to pojęcie bardzo subiektywne. Serce, czy rozum? Nasz bohater Isaac miota się między kobietami uosabiającymi te dwa bieguny. Ja już wiem, który biegun wygrał...:)
Wiele razy słyszałam, że nie ma reguły jeśli chodzi o związki. Pewnie to prawda i pewnie, jak w większości przypadków, najlepszą opcją jest złoty środek. Pamiętajmy jednak, że to, co działa na początku związku, potem ewoluuje, często w coś zupełnie innego. Człowiek jest istotą dosyć zmienną, a do tego wręcz niemożliwą do zupełnego poznania. Często więc możemy zostać zaskoczeni zmianą naszego wybranka/wybranki. I nie mam tu na myśli tylko zmiany negatywnej. Przeciwnie - często jest to zmiana pozytywna. Kto wie, może właśnie dzięki tym nieustannym zmianom nas samych w ogóle możliwe jest istnienie długotrwałych związków między ludźmi. Nikt przecież nie lubi nudy...no przyznajcie sami:)
Może trochę luźno związane z tematem, ale z pewnością dowodzące istnienia zmiany pozytywnej, odnalezione gdzieś przypadkiem na jakimś blogu zdjęcie z serii "nigdy nie wiadomo co z niego wyrośnie". Poznajecie tych panów?

Muszę przyznać, że Allen coraz bardziej rozpycha się na mojej półce wśród ulubionych reżyserów. Niby bez fajerwerków, brawurowej akcji, niby nieustannie nawijający neurotyk, a daje taką przyjemność z oglądania i przede wszystkim słuchania jego dziwacznych wywodów na temat życia, świata i ludzi. Do tego jeszcze jest zabawny - czego chcieć więcej?
No właśnie, czego? Oglądając uczuciowe perypetie nowojorskich tzw. intelektualistów, zauważyłam pewną kwestię. Co jest dla nas atrakcyjniejsze - piękno czy intelekt? Może jeszcze inaczej, bo piękno to pojęcie bardzo subiektywne. Serce, czy rozum? Nasz bohater Isaac miota się między kobietami uosabiającymi te dwa bieguny. Ja już wiem, który biegun wygrał...:)
Wiele razy słyszałam, że nie ma reguły jeśli chodzi o związki. Pewnie to prawda i pewnie, jak w większości przypadków, najlepszą opcją jest złoty środek. Pamiętajmy jednak, że to, co działa na początku związku, potem ewoluuje, często w coś zupełnie innego. Człowiek jest istotą dosyć zmienną, a do tego wręcz niemożliwą do zupełnego poznania. Często więc możemy zostać zaskoczeni zmianą naszego wybranka/wybranki. I nie mam tu na myśli tylko zmiany negatywnej. Przeciwnie - często jest to zmiana pozytywna. Kto wie, może właśnie dzięki tym nieustannym zmianom nas samych w ogóle możliwe jest istnienie długotrwałych związków między ludźmi. Nikt przecież nie lubi nudy...no przyznajcie sami:)
Może trochę luźno związane z tematem, ale z pewnością dowodzące istnienia zmiany pozytywnej, odnalezione gdzieś przypadkiem na jakimś blogu zdjęcie z serii "nigdy nie wiadomo co z niego wyrośnie". Poznajecie tych panów?
Monday, 3 January 2011
Science-fiction reality
Wyobraź sobie, że na Ziemię przybywają mieszkańcy innej planety nie znający zupełnie naszej ludzkiej rasy, ani jej historii. Okazuje się, że generalnie wyglądają i żyją podobnie jak my. Nie są oni straszni ani przerażający, po prostu nas nie znają. Załóżmy, że oglądają oni przykładowe filmy: jedną z części Harrego Pottera, Gwiezdne Wojny oraz Listę Schindlera. Po projekcji pytają ludzi: "Dlaczego pokazujecie nam same zmyślone historie fantasy? Może pokażecie nam coś, co pozwoli nam poznać waszą historię?". W odpowiedzi słyszą, że ostatni z filmów przedstawia obraz autentycznych wydarzeń. Pytają więc dalej: "Więc dlaczego nie ucharakteryzowaliście lepiej, bardziej wiarygodnie tych istot, który zabijaliście? W tym filmie nie widać, że to są inne od was istoty, które wam zagrażają, a to wprowadza dezorientację u widza." Kiedy dowiadują się, że nie były to inne, obce istoty tylko ludzie, patrzą z niedowierzaniem, po czym uciekają w popłochu na swoją planetę...
Tak się złożyło, że wzięłam się dziś wreszcie za klasyk filmowy. Jego tematyka to bardzo ciężki kaliber, więc i zabrać się za nią nie było łatwo. W końcu jednak odważyłam się zmierzyć z dziełem pana Spielberga. Jak wszystkie filmy traktujące o Holocauście i wojnie wpędził mnie on w trudny do opisania stan. Czuję się trochę, jak ten wspomniany wyżej przybysz z innej planety. Nie mogę uwierzyć, nie mogę objąć tego umysłem i czuję wewnętrzny gniew.
Nie będę roztrząsać się nad samym filmem - czy jest dobry, czy jest zły, czy odpowiednio ujął temat, czy stara się "wybielić" Niemców, czy tylko pokazać, że nie można wszystkich, potocznie mówiąc, wrzucać do jednego worka. Myślę, że najważniejsze jest to, że nie pozwala zapomnieć.
Jeśli jednak chodzi o filmy o podobnej tematyce, moim numerem jeden, jak do tej pory, jest Chłopiec w pasiastej piżamie. To pozycje dla widzów o mocnych nerwach - współczesne horrory przy tych historiach to, moim zdaniem, bajki na dobranoc.
Tak się złożyło, że wzięłam się dziś wreszcie za klasyk filmowy. Jego tematyka to bardzo ciężki kaliber, więc i zabrać się za nią nie było łatwo. W końcu jednak odważyłam się zmierzyć z dziełem pana Spielberga. Jak wszystkie filmy traktujące o Holocauście i wojnie wpędził mnie on w trudny do opisania stan. Czuję się trochę, jak ten wspomniany wyżej przybysz z innej planety. Nie mogę uwierzyć, nie mogę objąć tego umysłem i czuję wewnętrzny gniew.
Nie będę roztrząsać się nad samym filmem - czy jest dobry, czy jest zły, czy odpowiednio ujął temat, czy stara się "wybielić" Niemców, czy tylko pokazać, że nie można wszystkich, potocznie mówiąc, wrzucać do jednego worka. Myślę, że najważniejsze jest to, że nie pozwala zapomnieć.
Jeśli jednak chodzi o filmy o podobnej tematyce, moim numerem jeden, jak do tej pory, jest Chłopiec w pasiastej piżamie. To pozycje dla widzów o mocnych nerwach - współczesne horrory przy tych historiach to, moim zdaniem, bajki na dobranoc.
Tuesday, 28 December 2010
Lose yourself

Są takie filmy, które od razu po obejrzeniu chcesz zacząć oglądać kolejny raz. Nie zdarzają się często, ale warto na nie czekać. Dziś do grona "Ulubione" trafił Black Swan. Magiczna opowieść z cudowną muzyką w tle (cudowna muzyka z magiczną opowieścią w tle??), która prowadzi widza coraz bardziej w głąb duszy i umysłu pięknej, ekstremalnie wrażliwej Niny. Dążąc do perfekcji zatraca siebie tak, jak od niej tego oczekiwano.
Cały film jest niespotykaną adaptacją Jeziora Łabędziego. Natalie Portman czaruje, szczególnie jako Czarny Łabędź (dlaczego nasza ciemna strona wydaje się bardziej atrakcyjna?). Reżyser niezwykle umiejętnie przemycił ten klasyczny balet do masowej świadomości, prowokując dodatkowo widza do poszukiwania odpowiedzi (o ile w ogóle można je znaleźć) na serię pojawiających się niemal automatycznie pytań. Dla mnie najważniejszymi stały się te, dotyczące odwiecznej walki dobra ze złem toczącej się w każdym z nas oraz te traktujące o dążeniu do perfekcji i doskonałości. Dlaczego zło jest tak bardzo kuszące nawet wtedy, gdy wiemy, że jest złem, gdy wiemy, że ono nas niszczy? Czy rzeczywiście musimy dopuścić do głosu naszą ciemną stronę po to, aby poczuć pełnię naszego istnienia? Czy tylko owo zło może nas wynieść na wyżyny naszych możliwości? Czy bez niego nie dowiemy się ile w nas drzemie dobra?
Obraz ten wzbudził też we mnie wątpliwości co do możliwości zachowania przez aktora "higieny psychicznej". Bo czy tak naprawdę możliwe jest idealne, doskonałe zagranie jakiejś postaci przez aktora, bez stania się stricte tą postacią? Niestety nie brak przykładów dostarczających przesłanek ku temu by uważać tę tezę za dość prawdopodobną...
Tuesday, 14 December 2010
Precious
Po obejrzeniu takiego filmu jak Precious człowiek naprawdę zaczyna doceniać każdą najdrobniejszą cząstkę normalności jakiej doświadcza na co dzień, a której nie zauważa, gdyż ma wrażenie, że to coś oczywistego. Otóż, jak się okazuje, nie jest oczywistą rzeczą miłość do własnego dziecka.
Szczerze mówiąc, twórcy tego obrazu konfrontując mnie z przedstawioną przez siebie historią postawili mnie, jako widza, w niezręcznej sytuacji - innymi słowy, zrobiło mi się po prostu głupio. Wstydziłam się tych wszystkich "problemów", przez które tak często się wściekałam, które pożarły tyle mojej energii. Myślę, że ten film to dobry wstęp do rachunku sumienia. Na pewno sprawi, że będzie on dokładniejszy niż zwykle.
Inną sprawą jest ujęcie przedstawionego problemu w kontekście mojego zawodu. Zawsze w takich momentach momentalnie pojawia się w moim umyśle pytanie o to, co ja bym zrobiła po usłyszeniu takiej historii, jak mogłabym pomóc tym ludziom. Z nietęgą miną stwierdzam, że nie mam pojęcia...
Szczerze mówiąc, twórcy tego obrazu konfrontując mnie z przedstawioną przez siebie historią postawili mnie, jako widza, w niezręcznej sytuacji - innymi słowy, zrobiło mi się po prostu głupio. Wstydziłam się tych wszystkich "problemów", przez które tak często się wściekałam, które pożarły tyle mojej energii. Myślę, że ten film to dobry wstęp do rachunku sumienia. Na pewno sprawi, że będzie on dokładniejszy niż zwykle.
Inną sprawą jest ujęcie przedstawionego problemu w kontekście mojego zawodu. Zawsze w takich momentach momentalnie pojawia się w moim umyśle pytanie o to, co ja bym zrobiła po usłyszeniu takiej historii, jak mogłabym pomóc tym ludziom. Z nietęgą miną stwierdzam, że nie mam pojęcia...
Tuesday, 23 November 2010
United States of Depression

Depresja jest niestety bardzo powszechną chorobą. Co więcej należy do znienawidzonego i wyjątkowo nierozumianego przez społeczeństwo zbioru chorób i zaburzeń psychicznych. Dla chorego jest tym bardziej dokuczliwa i trudna do wyleczenia, że nadal przez sporą część ludzi traktowana jest w kategoriach "wymyślonej" i "ubzduranej". Chory często zamiast wsparcia otrzymuje ścianę chłodnego niezrozumienia okraszoną wyrzutem "nabija sobie głowę głupotami zamiast wziąć się do roboty! Ja mu wybiję z głowy to narzekanie i marudzenie!". Osłabionemu chorobą człowiekowi nie pozostaje wówczas nic innego jak przyjęcie na siebie odpowiedzialności za swój stan i gorzka konkluzja - "wszyscy to widzą, więc na pewno jestem do niczego...nie potrafię sobie poradzić nawet sam ze sobą". A depresja znowu triumfuje....

Na szczęście depresja ma pecha, bo trafiła na Elizabeth Wurtzel, która władając słowem w zjawiskowy i ujmujący sposób obnaża naszą niewdzięczną bohaterkę. Jej opowieść z kolei na ekranie stara się pokazać film "Prozac Nation". Christina Ricci robi co może by uchylić choć rąbka tajemnicy niewidzialnego świata utkanego z niesamowitych myśli i spostrzeżeń wypełniających umysł osoby doświadczającej depresji. Niestety zobaczyć ten świat, a zrozumieć i zaakceptować go to zupełnie co innego. Dlatego też ci wszyscy, dla których depresja i marudzenie są tym samym raczej nie będą skłonni diametralnie zmienić swoich poglądów na ten temat po obejrzeniu tego filmu. Pamiętajmy jednak, że od czegoś trzeba zacząć, a największym sprzymierzeńcem znieczulicy społecznej jest nieświadomość.
Mi generalnie obraz ten się podobał, jeśli tak można w ogóle powiedzieć o filmie poruszającym tego typu tematykę, być może dlatego, że bohaterka wydała mi się w pewnych kwestiach podobna do mnie samej. I wcale nie traktuję tego faktu jako powodu do niepokoju o swój przyszły dobrostan psychiczny. Wolę rozważać to w kategoriach dość rzadkiej wrażliwości na świat, którą jesteśmy obydwie, jak mi się wydaje, obdarzone. W końcu to ona określa nas jako człowieka...
Friday, 19 November 2010
Bo wszystko zaczęło się od Króla
Elvis rządził bezapelacyjnie. Nigdy nie mogłam jakoś do końca zrozumieć jego fenomenu, chociaż pewnie też nie starałam się aż tak bardzo. Myślałam, że dziś pomoże mi w tym film Elvis - Zanim został królem. Jakże się pomyliłam! Nie pomógł nawet mój ukochany Johnatan, powiem więcej - zawiodłam się dziś na nim. (Chwilowo nie mogę się skupić bo właśnie w moim odtwarzaczu wskoczyło Muse, a przy nich nie mogę myśleć o niczym innym jak o nich właśnie.) Nie przekonuje mnie jako Elvis, chociaż wydaje się być nieco podobny do króla. Co więcej, to już mój trzeci film z Johnatanem, w którym wciela się on w rolę muzyka. Dlatego brałam go za pewniaka, a tu tymczasem taki klops!
Pomijając już niemiłosierną długość tego filmu (2 godziny i 45 minut - tyle można wytrzymać tylko przy Ojcu Chrzestnym i Tonym Montanie!), wręcz kłują w oczy nieudolne próby udawania Elvisa na scenie i, o zgrozo!, "śpiewanie" Johnatana z playbacku. Rozumiem, że lepszy był playback niż fałszowanie, ale litości! Montażyści, dźwiękowcy, czy nie wiem kto tam jeszcze odpowiedzialny za to albo strajkowali, albo byli na kacu. Generalnie była to najsłabsza, jak dotąd, obejrzana przez mnie biografia. A szkoda, bo bohater naprawdę najwyższego kalibru, zasługujący na arcydzieło. Może jeszcze się doczeka... i on i my.
Cheers!
Pomijając już niemiłosierną długość tego filmu (2 godziny i 45 minut - tyle można wytrzymać tylko przy Ojcu Chrzestnym i Tonym Montanie!), wręcz kłują w oczy nieudolne próby udawania Elvisa na scenie i, o zgrozo!, "śpiewanie" Johnatana z playbacku. Rozumiem, że lepszy był playback niż fałszowanie, ale litości! Montażyści, dźwiękowcy, czy nie wiem kto tam jeszcze odpowiedzialny za to albo strajkowali, albo byli na kacu. Generalnie była to najsłabsza, jak dotąd, obejrzana przez mnie biografia. A szkoda, bo bohater naprawdę najwyższego kalibru, zasługujący na arcydzieło. Może jeszcze się doczeka... i on i my.
Cheers!
Subscribe to:
Posts (Atom)