Saturday, 31 March 2012

Podróże z INTERPOLem

Ostatnio wreszcie doczekałam się wymiany radia samochodowego na nowsze umożliwiające mi w końcu słuchanie tego, czego chcę. Uwolniło mnie to tym samym od rmfów, zetków i tym podobnych tworów serwujących na przemian reklamy, Sylwię Grzeszczak, reklamy, Katy Perry, reklamy, Bajm, reklamy, Sylwię Grzeszczak itd. Przy okazji apel do pani Sylwii - proszę nagrać wreszcie piosenkę, która nie będzie brzmiała jak każda poprzednia... Jeden raz udało się zetce mnie mile zaskoczyć - usłyszałam o poranku Guns'N'Roses!
Na szczęście skończyły się czasy słuchania reklam w drodze do pracy, więc chcę podzielić się z Wami moimi obserwacjami. Otóż w moich głośnikach zagościło już sporo przesympatycznych bandów. Ku mojemu zaskoczeniu okazało się jednak, że jak do tej pory najlepiej w samochodzie podczas jazdy brzmi zapomniana już trochę przeze mnie płyta "Antics". Kiedy rozbrzmiały pierwsze dźwięki "Next Exit" na moje usta wpłynął momentalnie melancholijny uśmiech, a przez umysł od razu przebiegła myśl - o tak!właśnie to chciałam teraz usłyszeć! Trudno mi teraz uwolnić się od tej płyty, więc dzielę się z Wami. Miłego rozkoszowania się dźwiękami o paradoksalnych właściwościach - pełnych napięcia, które koją umysł i ciało.

Tylko który kawałek mam wybrać - masakra nie wiem!!! Dobra niech będzie Take you on a cruise...

Sunday, 29 January 2012

DETOX w Lizard King

Imprezy spontaniczne najlepszymi imprezami są! To prawda stara i jakże prawdziwa. Wczoraj miałam niebywale miłą okazję przekonać się o tym osobiście. Znaleźliśmy się z naszą ekipą w krakowskim klubie Lizard King gdzie do rana bawiliśmy się z chłopakami z zespołu DETOX. Panowie dawali czadu, a ja miałam okazję doświadczyć zupełnie nowego dla mnie uroku koncertu klubowego. Atmosfera totalnie niesamowita i jakże odmienna od tej znanej mi z wielkich, plenerowych imprez. Dopiero wczoraj mogłam poczuć bliskość kapeli i moc płynącą z gitar znajdujących się tak zaskakująco blisko, na wyciągnięcie ręki. Strasznie fajne było również zobaczyć, jak kapele wspierają się nawzajem - co jakiś czas na scenę wpadał członek innego bandu z gościnnym udziałem w występie. Od razu przywiodło mi to na myśl początki wielkich kapel grywających w klubach czasem dla garstki osób, przemycających wśród kultowych coverów swoje własne kompozycje, o których tak często czytałam w ich biografiach. Miło widzieć jakiś zespół właśnie na tym etapie drogi (może niezupełnie - chłopaki grają już długo i mają na swoim koncie trochę osiągnięć http://pl-pl.facebook.com/zespoldetox ).



Wielkie dzięki dla chłopaków z DETOXu! Ale przede wszystkim wielkie pozdrowienia i podziękowania dla mojej wspaniałej ekipy, z którą wczoraj bawiliśmy się pod sceną!! I dzięki Żyrafowi za mój pierwszy w życiu koncert widziany z góry nad publiką!
We want more!!!

Thursday, 12 January 2012

Charles Cross "Heavier Than Heaven"


Choć nie jestem fanem totalnym Kurta Cobaina, nawiązuję do niego już bodajże w czwartym poście. Potwierdza to tylko niesamowitą siłę jego osobowości i charyzmy, którą przyciąga uwagę do swojej osoby nawet tych, którzy nie do końca odnajdują się w jego muzyce. To był po prostu niezwykle interesujący człowiek, który chciał być jeszcze ciekawszy niż był.
Przebywanie w towarzystwie Kurta musiało być bardzo trudne, bycie jego wiernym przyjacielem od momentu, gdy on sam zaprzyjaźnił się z heroiną - niemalże niemożliwe. Ciężko jest mi zrozumieć jego fenomen oraz to, że dając ludziom tyle nienawiści, rozkochał ich w sobie bez reszty.
Kolejna pozycja pana Crossa, który przybliża postacie naszych idoli i pozbawia złudzeń na temat ich boskości. Nawet jeśli nie słyszałeś nigdy "Smells Like Teen Spirit" nie będziesz żałować czasu spędzonego nad tą książką - dostaniesz bowiem opowieść o człowieku, jego marzeniach, uporze, rozczarowaniu, wielu słabościach i przede wszystkim ciągłym poszukiwaniu miłości i akceptacji. Jeśli roześmiałeś się na samą myśl o tym, że ktoś mógł nie słyszeć o hymnie grunge'u - z pewnością zaciekawi cię etymologia jego tytułu. Nie ma ona nic wspólnego z tworzeniem pieśni pokoleń.



A podobno to Lady Gaga jest mistrzem kontrowersji.

Thursday, 29 December 2011

Foo Fighters: Back and Forth

Jak to miło, że kiedy zaczynam pisać o Foo Fighters komputer losuje mi właśnie ich kawałek "Aurora". Nastrój buduje się sam.
Dokumenty muzyczne to mój ulubiony gatunek filmowy. Nie trzeba mnie specjalnie zachęcać do ich obejrzenia, a kiedy dotyczą jednego z moich ulubieńców - nie sposób mnie od tego powstrzymać.
Foo Fighters zawsze byli dla mnie interesującym tworem. Nie mówię tu już o muzyce, która broni się sama, ale raczej o członkach zespołu tworzących tą niebanalną całość. Sam głównodowodzący Dave Grohl jest materiałem na niemałą rozprawę traktującą o osobowości radzącej sobie z niespodziewaną sławą ciągnącą się za nim niemalże dwie dekady po rozpadzie zespołu, osobowości przywódczej o rysach władczości a przy tym osobowości radosnej, nieustannie skłonnej do wygłupów w wieku 42 lat, ale tylko w momencie gdy zaspokojona jest jego potrzeba totalnej perfekcyjności we wszystkim co robi. "Back and Forth" tylko potwierdza jego rolę zdecydowanego lidera w Foo Fighters. Właściwie można pokusić się o stwierdzenie, że Foo Fighters to Dave Grohl i jego ludzie od instrumentów. Zastanawia mnie tylko, jak Dave hamował swoje przywódcze zapędy w Nirvanie, gdzie to on właściwie był tylko jednym z instrumentalistów (do tego tym, który dołączył stosunkowo późno do mocno zżytych ze sobą Kurta i Krista), będących w cieniu lidera, który zresztą nieraz straszył go, że w każdej chwili może zmienić skład swojego zespołu. Cóż, to już rozważania na inną okazję.
Jeśli chodzi o sam film - nie jest on na pewno nudny, co jest częstą bolączką filmów dokumentalnych wyposażonych przecież głównie w wywiady i zdjęcia. Ogląda się go jak film fabularny, opowiadający historię ludzi. Są w nim prawdziwe emocje, wątpliwości, dużo humoru, a nawet łzy, ale bez zbędnej amerykańskiej pompy. Nie dowiecie się wprawdzie wiele o prywatnym życiu chłopaków, ale zobaczycie dom Dave'a oraz jego urocze córki odciągające tatę od pracy nad "Wasting Light". Moje dwa ulubione momenty to: Krist odwiedzający zespół podczas nagrania oraz Dave - rockstar "jadący na mopie" w swoim domu.



Co w tym gościu takiego jest, że nawet moja mini - recenzja filmu o całym zespole Foo Fighters niespodziewanie zmieniła się w wywód na temat samego Dave'a... Automatycznie dostaliście właśnie obraz tego, co zostaje w widzu po obejrzeniu "Foo Fighters: Back and Forth". Mimo wszystko - pozycja obowiązkowa dla fanów oraz wszystkich lubiących fajne historie fajnych i ciekawych ludzi.
Cheers!!

Saturday, 24 December 2011

Just let this Christmas be happy

Wigilijne kolacje powoli się kończą, domownicy leniwie czekają na pasterkę. Bądźcie zdrowi i szczęśliwi nie tylko dziś, ale i przez cały kolejny rok!!!
Świątecznych kawałków jest taki ogrom, że miałam ogromne problemy z wybraniem na dziś tego ulubionego. Mam słabość do tych osłuchanych do bólu radiowych szlagierów, ale zdecydowałam się jednak zaproponować Wam coś z przymrużeniem oka na rozruszanie przejedzonych brzuchów po Wigilii:



Cheers!

Thursday, 22 December 2011

...nirvana?

Przypomniałam sobie ostatnio, że w zamierzchłych czasach pisałam bloga. Zabrakło mi tego, więc jestem.
Kilka miesięcy, które zdążyło minąć jak jeden moment przyniosło sporo zmian w moim życiu. Zmiany głównie pozytywne, więc nie będzie żadnego narzekania. No może tylko na to, że mój rozwój muzyczny niemalże stanął w miejscu. Na szczęście nie ma mowy tu o regresie ani żadnym przymuszaniu się do dalszych poszukiwań - w końcu taka już natura pasji.
Tak się zdarzyło, że w październiku zmieniłam stan cywilny i duchowy na "szczęśliwa mężatka". A oto co mój muzyczny los zesłał mi na początek mojej nowej drogi życia:



Tę właśnie nutę radio zesłało mi jako pierwszą po wyjściu z kościoła, w drodze na salę.
Czy będzie to faktycznie nirvana?:)

Thursday, 1 September 2011

COKE LIVE MUSIC mudda fuggin great FESTIVAL

CLMF 2011 jest już historią. Ale za to jaką historią!!

Ponieważ ostatnio cierpię na chroniczny brak czasu i nadmiar zupełnie dla mnie nowych obowiązków, wpis dotyczący CLMF będzie krótki i nie do końca merytoryczny, aczkolwiek bardzo emocjonalny.

Wreszcie pokusiliśmy się w tym roku na obydwa dni festiwalu. Tegoroczny line-up może mnie nie "zabijał" ale był bardzo bardzo interesujący. Tak, jak w poprzednich latach jechałam na festiwal głównie ze względu na jednego wykonawcę (The Killers, Muse), tak w tym roku miałam okazję zobaczyć i usłyszeć kilku lubianych przeze mnie artystów, chociaż brakowało mi wśród nich prawdziwego osobistego miażdżera (jakim był w zeszłym roku Muse).
A więc rozpoczęliśmy od końcówki White Lies (oczywiście moi ukochani koledzy nie są w stanie wyrobić się na godz 19 - nie ma takiej opcji). Szkoda bo bardzo chciałam ich zobaczyć w całości. Ale zdążyłam jeszcze zaśpiewać m.in. Bigger than us więc nie było najgorzej. Następnie Kooksi rozbujali nas skutecznie, poskakało się trochę, pośpiewało się trochę - dealerzy speeda nie mieli raczej zbytu tego wieczora, bo energia ze sceny nabijała baterie nawet tym najbardziej opornym na wdzięki gitar. No i wreszcie wyszli panowie z Interpolu. No i zaczęło się. Na takim koncercie jeszcze nie byłam. Bez podniebnych skoków, bez fajerwerków, bez wydumanej scenografii - do tej pory mam ciary na plecach jak wspominam chociażby Evil. I ten przeszywający wokal Paula Banksa...brrrr. Chyba wreszcie doświadczyłam co to znaczy trans.
Dzień drugi rozpoczęliśmy od Editorsów moich teraz jeszcze bardziej ukochanych. To zdecydowanie mój typ wszystkiego co lubię najbardziej w muzyce brytyjskiej. Thomas skutecznie czarował tego wieczora. Do tego nowe imponujące kawałki, które zapowiadają kolejną świetną płytę. Chłopaki wracajcie jak najszybciej do Polski!!
No i na koniec moje osobiste największe zaskoczenie tegorocznego Coke'a. Mr Kanye West. Nie powiem, że nie znam - w końcu mieszkam na planecie Ziemia. Nie powiem, że nie słucham - czasem na imprezach, w samochodzie dobrze buja, ale nie znam całej jego dyskografii. Nie powiem, że nie byłam ciekawa co pokaże. Tak naprawdę muszę jednak przyznać, że bardzo mnie zaskoczył. No to było rzeczywiście świetne show!!! Właściwie, gdyby rozpatrywać jego koncert w kategorii widowiskowości to mogę stwierdzić, że to najlepszy jaki dotąd widziałam. Kanye pokazał wszystkim swoje artystyczne zajawki, tworząc porywający spektakl. Do tego sprawił, że bujałam się z tłumem machając prawą ręką tak, jak kilkadziesiąt tysięcy ludzi wokół mnie do hip-hopowego beata - brawo Kanye! Zarażasz tym, co kochasz robić!




CLMF ma tylko dwie wady - trwa TYLKO dwa dni i jest TYLKO raz w roku.
See you next year festpeole!!!