Kiedy znajomi pytali mnie po powrocie o wrażenia, moja odpowiedź zawsze uzależniona była od ich pytania. Jeśli pytali o wyjazd – extra. Jeśli o koncert – świetny. Jeśli o Open’er – hmm…przereklamowany?
Zacznijmy może od wyjazdu. Tu zasługę trzeba przypisać Open’erowi, gdyż gdyby nie on z pewnością nad polskie morze w tym roku bym nie trafiła. Nie przepadam za wieczną niepewnością pogodową podczas wakacji i zabijaniem czasu innymi aktywnościami, które mają zastąpić wygrzewanie się na plaży podczas pobytu nad morzem. Wprawdzie tym razem pogoda okazała się w miarę łaskawa (jakieś 3 godziny spędziliśmy na plaży, chociaż połowie tego czasu towarzyszył kropiący letni deszczyk), jednak tropikalnym upałem nazwać tego nie można. Na szczęście jak zwykle ekipa nie zawiodła, więc na nudę narzekać nie mogłam. Nie straszne było nam nawet 12 godzin w jedną stronę spędzone w Peugeociku. Szczęśliwa dwójka siedząca z przodu! Dla pozostałej trójki z tyłu to była prawdziwie „zbliżająca” podróż:)
Nadszedł dzień koncertu. Jak zawsze ciężko było wszystkich zebrać, ale tym razem grzebulstwo i nieogarnięcie naszych ludzi sięgnęło szczytów. Ten nie ma biletu, nie ma opaski, ten już prawie ma opaskę ale jednak nie ma biletu, ten ma za dużo biletów itd.,itp. Później jeszcze oczekiwanie na wejście do autobusu, dosyć długa podróż na Kosakowo i … kolejne szukanie się i czekanie na każdego po kolei. Suma sumarum dotarliśmy na miejsce dosyć późno. Zwiedzanie terenu festiwalowego zostawiliśmy sobie więc na później, aby zająć sobie dobre miejsce pod main stage. Ostatnie chwile oczekiwania i pojawili się! Zaczęło się dynamicznie, Followillowie zaskakiwali mnie kolejnymi wyborami, szczególnie miło starymi kawałkami. Pod koniec set listy zrobiło się nieco wolniej i bardziej melodyjnie. Dużym zaskoczeniem były dla mnie Cold Desert oraz dłuuuugie Knocked Up, które wcale nie okazały się zamulaczami koncertowymi, tylko niezwykle klimatycznymi momentami. Na koniec Use Somebody zadowalający wreszcie 70% publiczności czekającej na dwa znane sobie kawałki. Potwierdzenie moich szacunków nadeszło już podczas oczekiwania na bis. Nieusatysfakcjonowany tłum jednym tchem wykrzykiwał Sex On Fire domagając się drugiego znanego sobie szlagieru. Co chcieli to dostali, a szał jaki opanował młodocianych „fanów” (lekko znudzonych do tej pory nieznanymi sobie kawałkami ) wprawił mnie w lekkie osłupienie. Byłam nawet świadkiem jakiś dzikich przeprosin, wyznań i zapewnień pobliskich nastolatków, że już nic ich nie rozdzieli bo są teraz tu razem i słyszą tą piękną piosenkę. Wtedy poczułam się jak na koncercie Biebera Sytuację uratował na szczęście jeden z moich ulubionych Black Thumbnail na zakończenie.
Podsumowując – koncert Kings Of Leon nie mógł być nieudany. W końcu to jeden z moich najulubieńszych bandów, mam słabość do każdej nuty, która wyszła z ich studia, każdą piosenkę rozpoznaję po jednej nutce. Do tego byłam tam z grupą bliskich mi osób, dla których ta muzyka jest równie ważna jak dla mnie (z utęsknieniem oczekiwaliśmy na Arizonę, która jest dla nas wyjątkowym kawałkiem pełnym wspomnień, może następnym razem się uda). Przeszkadzało mi jedynie słabe nagłośnienie (znowu!!) – śpiewając słyszałam swój głos na koncercie, a „raczej” Caleb powinien mnie zagłuszać. Trzeba też sprawiedliwie stwierdzić, że, pomimo całej mojej miłości do muzyki Followillów, trochę było mało koncertu w tym koncercie. Panowie świetnie odtworzyli materiał, jednak zabrakło mi nieco dodatków, jamowania, niespodzianek, kontaktu z publiką. Do tego niestety denerwował mnie ten tłum ludzi tak naprawdę niezainteresowanych KOL tylko Sex On Fire. Już w autobusie miałam niestety próbkę tego, kto będzie na koncercie. „Ile znacie piosenek Kings Of Leon? Ja znam USe Somebody, Sex On Fire i Closer”. Yyyyyyy……….Właśnie mają wydać swoją szóstą płytę długogrającą ale ok.:/
Na koniec kilka słów o samym festiwalu. Mam świadomość tego, że moja ocena pewnie będzie pochopna bo nie przyłożyłam się do zobaczenia wszystkiego dokładnie, ale muszę stwierdzić, że Opener mnie nie zachwycił. Przede wszystkim ten pierdyliard ludzi, ciągłe kolejki, przepychanie się, laski wystrojone jak panienki z okładek najnowszych czasopism. Miałam wrażenie, że jest tam masa ludzi, którzy nie znają prawie nikogo kto będzie grał (no oprócz Rihanny oczywiście) i są tam nie dla muzyki a dla lansu. Coraz bardziej zaczynam przekonywać się do koncertów danego zespołu, zamiast występów festiwalowych. Nie żałuję jednak, że byłam i widziałam. Chociaż przyznaję, że byłam tam tylko ze względu na KOL. Żałuję natomiast, że nie zdecydowałam się pójść na QOTSA. Mój romans z ich muzyką trwa od niedawna, więc to pewnie mnie powstrzymało. Oglądając potem koncert online ślinka ciekła….
Nie-muzyk o muzyce, nie-filmowiec o filmie, psycholog o własnych obserwacjach świata, życia i ludzi
Showing posts with label przyjaciele. Show all posts
Showing posts with label przyjaciele. Show all posts
Wednesday, 31 July 2013
Monday, 18 February 2013
Welcome to our jungle Mr SLASH and The Conspirators!
I znów zamiast pisać relację z koncertu oglądam go po raz setny.
fragmenty koncertu od 18. minuty
Powyżej możecie obejrzeć fragmenty apogeum ekstazy nocy środowej 13 lutego 2013 roku. Ale po kolei...
Koncertowe napięcie narastało już na długo przed datą zero. Podsycane było systematycznie lekturą szalonej autobiografii bohatera wieczoru, nieustannie płynącą z głośników muzyką, a na koniec w poniedziałek przed samym koncertem wizytą Slasha w Top Gear (powtórki na tvn-ie). W środę ruszyliśmy do Krakowa, który był naszym miejscem wypadowym. Po krótkim, acz intensywnym before party w stylu Slasha (whiskey jako motyw przewodni) ekipa w liczbie osób 9 zapakowała się do samochodów i ruszyła w kierunku Katowic. Po kilku przystankach mających na celu uzupełnienie płynów (bądź pozbycie się ich) dotarliśmy wreszcie w najgłośniejsze miejsce w Polsce tego wieczoru. Wejście na nasze miejsca na trybunach przebiegło nadzwyczaj sprawnie. Pod tym względem Spodek okazał się bardzo przyjazny. Być może wrażenie to spowodowane było dosyć późną godziną naszego najazdu. Kiedy zajęliśmy bowiem miejsca support właśnie kończył grać. Nie zdążyliśmy jeszcze dobrze rozejrzeć się po Spodku a tu już słychać pierwsze takty Ghost. Było to równoznaczne z natychmiastowym opuszczeniem naszych miejsc siedzących i udaniem się na balkon gdzie przez resztę koncertu skutecznie sprawdzaliśmy wytrzymałość naszych mięśni karku i siłę naszych głosów. Podczas tego typu koncertów masz zazwyczaj dwie opcje: siedzieć/stać w miejscu i obserwować dokładnie co dzieje się na scenie lub dać się totalnie ponieść muzyce. Jako że nasza ekipa była dość liczna i bardzo mocno nakręcona pierwsza opcja właściwie nie wchodziła w grę. Rozpoczęło się dwugodzinne szaleństwo - muzyka przechodziła przez każdy milimetr naszych ciał, gardła zdzierały resztki strun głosowych, a nieznane mi dotąd mięśnie ujawniały swoją obecność (szczególnie następnego dnia w postaci pięknych koncertowych zakwasów). Dochodziły do tego różne akrobacje, np stanie na rękach oczywiście z pomocą asekurującej ekipy. Jednym słowem Slash wyprawił nieziemską imprezę w swoim stylu i jako gospodarz zadbał o swoich gości do ostatniej minuty. Goście zresztą odwdzięczyli mu się najlepiej jak potrafili. Na płycie las rąk, ludzie noszeni na rękach, latające staniki, Myles niejednokrotnie przekrzykiwany przez tysiące gardeł śpiewających za niego tekst, a podczas Back from Cali ogromna flaga powitalna tak na wypadek, gdyby Slash nie zauważył wypełnionej po brzegi i wyprzedanej areny. Bez obaw - zdecydowanie zauważył, czemu dał wyraz w wiadomościach na Twitterze i Fb.
A teraz kilka obserwacji, które poczyniłam pomiędzy podskokami. Po pierwsze cudowna punktualność - podejrzewam że Slash jest wyczulony na tym punkcie po przygodach z Axlem. Po drugie nasz bohater nie jest wcale niemym i naburmuszonym gitarzystą - gwiazdorem. Potrafi nawiązać świetny kontakt z publiką i cały czas świetnie się bawi tym co robi. Bardzo dobrze wyważona setlista dostarczyła wszystkim spełnienia choć części pragnień (wszystkich oczywiście zadowolić się nie da). Osobiście brakowało mi trochę Bad rain i Fall to Pieces, ale reszta wynagrodziła mi to tysiąckrotnie. Usłyszenie na żywo Rocket Queen, Sweet Child O'Mine, Back from Cali, You're a Lie, Doctor Alibi itd to przeżycie nieporównywalne z żadnym innym muzycznym doświadczeniem.
Teraz minus - i to niestety bardzo duży. Nie wiem o co chodzi w tym Spodku, ale ja ledwo słyszałam wokalistę. Bardzo wsłuchiwałam się bo ubóstwiam wokal Mylesa i nadal uważam go za czołowego obecnie "śpiewaka", dlatego tym większe było moje rozgoryczenie, że tak kiepsko go słyszałam. Jeszcze gorzej było kiedy przed mikrofonem stawał Todd, którego świetne wokalne popisy mogłam dokładnie usłyszeć dopiero na filmach na youtube z koncertu. Żałuję bardzo, bo kiedy słucham Mylesa, chociażby na powyższej relacji, to nadal nie mogę wyjść z podziwu i na próżno próbuję przyłapać go na choćby najmniejszym fałszu czy zachwianiu głosu. Do tego bardzo go lubię jako człowieka. Pomimo, że go nie znam budzi on moją ogromną sympatię swoją postawą i wypowiedziami i sprawia wrażenie przesympatycznego człowieka.
Na uwagę zasługują też pomijanie ciągle Konspiratorzy. Nie wyobrażam sobie bólu mojego karku gdyby częstotliwość moich ruchów głowy była choćby zbliżona do tej prezentowanej przez Franka i Todda. Mają panowie krzepę, a Sidoris mógłby do tego wystąpić w reklamie szamponu do włosów bo jego czupryna jest przepiękna! Brent Fitz schowany cały czas za kolumbryną bębnów zaprezentował się dopiero na koniec podczas grupowego ukłonu. Przez cały koncert nie było go widać, ale zdecydowanie nie dało się go nie słyszeć!
Podsumowując, Slash, Myles i Konspiratorzy dali nam niezapomnianą lekcję prawdziwego, pełnokrwistego rocka. Wszystkim, którzy tego dnia zwagarowali powinno być na prawdę głupio:) Standardowo kieruję też gorące uściski i podziękowania dla całej koncertowej ekipy, dzięki której każdy koncert jest wypełniony nie tylko doskonałą muzyką, ale też czystą radością, zabawą i przyjaźnią. Dzięki trolle!!! Następny przystanek Heineken!
Setlista: http://www.setlist.fm/setlist/slash/2013/spodek-katowice-poland-4bdbc31e.html
Świetne zdjęcia: http://www.kararokita.pl/2013/02/slash-13-02-2013-spodek-katowice/

fragmenty koncertu od 18. minuty
Powyżej możecie obejrzeć fragmenty apogeum ekstazy nocy środowej 13 lutego 2013 roku. Ale po kolei...
Koncertowe napięcie narastało już na długo przed datą zero. Podsycane było systematycznie lekturą szalonej autobiografii bohatera wieczoru, nieustannie płynącą z głośników muzyką, a na koniec w poniedziałek przed samym koncertem wizytą Slasha w Top Gear (powtórki na tvn-ie). W środę ruszyliśmy do Krakowa, który był naszym miejscem wypadowym. Po krótkim, acz intensywnym before party w stylu Slasha (whiskey jako motyw przewodni) ekipa w liczbie osób 9 zapakowała się do samochodów i ruszyła w kierunku Katowic. Po kilku przystankach mających na celu uzupełnienie płynów (bądź pozbycie się ich) dotarliśmy wreszcie w najgłośniejsze miejsce w Polsce tego wieczoru. Wejście na nasze miejsca na trybunach przebiegło nadzwyczaj sprawnie. Pod tym względem Spodek okazał się bardzo przyjazny. Być może wrażenie to spowodowane było dosyć późną godziną naszego najazdu. Kiedy zajęliśmy bowiem miejsca support właśnie kończył grać. Nie zdążyliśmy jeszcze dobrze rozejrzeć się po Spodku a tu już słychać pierwsze takty Ghost. Było to równoznaczne z natychmiastowym opuszczeniem naszych miejsc siedzących i udaniem się na balkon gdzie przez resztę koncertu skutecznie sprawdzaliśmy wytrzymałość naszych mięśni karku i siłę naszych głosów. Podczas tego typu koncertów masz zazwyczaj dwie opcje: siedzieć/stać w miejscu i obserwować dokładnie co dzieje się na scenie lub dać się totalnie ponieść muzyce. Jako że nasza ekipa była dość liczna i bardzo mocno nakręcona pierwsza opcja właściwie nie wchodziła w grę. Rozpoczęło się dwugodzinne szaleństwo - muzyka przechodziła przez każdy milimetr naszych ciał, gardła zdzierały resztki strun głosowych, a nieznane mi dotąd mięśnie ujawniały swoją obecność (szczególnie następnego dnia w postaci pięknych koncertowych zakwasów). Dochodziły do tego różne akrobacje, np stanie na rękach oczywiście z pomocą asekurującej ekipy. Jednym słowem Slash wyprawił nieziemską imprezę w swoim stylu i jako gospodarz zadbał o swoich gości do ostatniej minuty. Goście zresztą odwdzięczyli mu się najlepiej jak potrafili. Na płycie las rąk, ludzie noszeni na rękach, latające staniki, Myles niejednokrotnie przekrzykiwany przez tysiące gardeł śpiewających za niego tekst, a podczas Back from Cali ogromna flaga powitalna tak na wypadek, gdyby Slash nie zauważył wypełnionej po brzegi i wyprzedanej areny. Bez obaw - zdecydowanie zauważył, czemu dał wyraz w wiadomościach na Twitterze i Fb.
A teraz kilka obserwacji, które poczyniłam pomiędzy podskokami. Po pierwsze cudowna punktualność - podejrzewam że Slash jest wyczulony na tym punkcie po przygodach z Axlem. Po drugie nasz bohater nie jest wcale niemym i naburmuszonym gitarzystą - gwiazdorem. Potrafi nawiązać świetny kontakt z publiką i cały czas świetnie się bawi tym co robi. Bardzo dobrze wyważona setlista dostarczyła wszystkim spełnienia choć części pragnień (wszystkich oczywiście zadowolić się nie da). Osobiście brakowało mi trochę Bad rain i Fall to Pieces, ale reszta wynagrodziła mi to tysiąckrotnie. Usłyszenie na żywo Rocket Queen, Sweet Child O'Mine, Back from Cali, You're a Lie, Doctor Alibi itd to przeżycie nieporównywalne z żadnym innym muzycznym doświadczeniem.
Teraz minus - i to niestety bardzo duży. Nie wiem o co chodzi w tym Spodku, ale ja ledwo słyszałam wokalistę. Bardzo wsłuchiwałam się bo ubóstwiam wokal Mylesa i nadal uważam go za czołowego obecnie "śpiewaka", dlatego tym większe było moje rozgoryczenie, że tak kiepsko go słyszałam. Jeszcze gorzej było kiedy przed mikrofonem stawał Todd, którego świetne wokalne popisy mogłam dokładnie usłyszeć dopiero na filmach na youtube z koncertu. Żałuję bardzo, bo kiedy słucham Mylesa, chociażby na powyższej relacji, to nadal nie mogę wyjść z podziwu i na próżno próbuję przyłapać go na choćby najmniejszym fałszu czy zachwianiu głosu. Do tego bardzo go lubię jako człowieka. Pomimo, że go nie znam budzi on moją ogromną sympatię swoją postawą i wypowiedziami i sprawia wrażenie przesympatycznego człowieka.
Na uwagę zasługują też pomijanie ciągle Konspiratorzy. Nie wyobrażam sobie bólu mojego karku gdyby częstotliwość moich ruchów głowy była choćby zbliżona do tej prezentowanej przez Franka i Todda. Mają panowie krzepę, a Sidoris mógłby do tego wystąpić w reklamie szamponu do włosów bo jego czupryna jest przepiękna! Brent Fitz schowany cały czas za kolumbryną bębnów zaprezentował się dopiero na koniec podczas grupowego ukłonu. Przez cały koncert nie było go widać, ale zdecydowanie nie dało się go nie słyszeć!
Podsumowując, Slash, Myles i Konspiratorzy dali nam niezapomnianą lekcję prawdziwego, pełnokrwistego rocka. Wszystkim, którzy tego dnia zwagarowali powinno być na prawdę głupio:) Standardowo kieruję też gorące uściski i podziękowania dla całej koncertowej ekipy, dzięki której każdy koncert jest wypełniony nie tylko doskonałą muzyką, ale też czystą radością, zabawą i przyjaźnią. Dzięki trolle!!! Następny przystanek Heineken!
Setlista: http://www.setlist.fm/setlist/slash/2013/spodek-katowice-poland-4bdbc31e.html
Świetne zdjęcia: http://www.kararokita.pl/2013/02/slash-13-02-2013-spodek-katowice/

Sunday, 29 January 2012
DETOX w Lizard King
Imprezy spontaniczne najlepszymi imprezami są! To prawda stara i jakże prawdziwa. Wczoraj miałam niebywale miłą okazję przekonać się o tym osobiście. Znaleźliśmy się z naszą ekipą w krakowskim klubie Lizard King gdzie do rana bawiliśmy się z chłopakami z zespołu DETOX. Panowie dawali czadu, a ja miałam okazję doświadczyć zupełnie nowego dla mnie uroku koncertu klubowego. Atmosfera totalnie niesamowita i jakże odmienna od tej znanej mi z wielkich, plenerowych imprez. Dopiero wczoraj mogłam poczuć bliskość kapeli i moc płynącą z gitar znajdujących się tak zaskakująco blisko, na wyciągnięcie ręki. Strasznie fajne było również zobaczyć, jak kapele wspierają się nawzajem - co jakiś czas na scenę wpadał członek innego bandu z gościnnym udziałem w występie. Od razu przywiodło mi to na myśl początki wielkich kapel grywających w klubach czasem dla garstki osób, przemycających wśród kultowych coverów swoje własne kompozycje, o których tak często czytałam w ich biografiach. Miło widzieć jakiś zespół właśnie na tym etapie drogi (może niezupełnie - chłopaki grają już długo i mają na swoim koncie trochę osiągnięć http://pl-pl.facebook.com/zespoldetox ).

Wielkie dzięki dla chłopaków z DETOXu! Ale przede wszystkim wielkie pozdrowienia i podziękowania dla mojej wspaniałej ekipy, z którą wczoraj bawiliśmy się pod sceną!! I dzięki Żyrafowi za mój pierwszy w życiu koncert widziany z góry nad publiką!
We want more!!!

Wielkie dzięki dla chłopaków z DETOXu! Ale przede wszystkim wielkie pozdrowienia i podziękowania dla mojej wspaniałej ekipy, z którą wczoraj bawiliśmy się pod sceną!! I dzięki Żyrafowi za mój pierwszy w życiu koncert widziany z góry nad publiką!
We want more!!!
Subscribe to:
Posts (Atom)
