Ja to mam zapłon - mija prawie miesiąc a ja zabieram się za wspomnienie krakowskich koncertów. Jak to mówią...lepiej późno...
Jak obiecał, tak zrobił. W połowie listopada na cały wieczór w krakowskiej Starej Zajezdni rozgościł się Jack White The Greatest!. Po emocjonującej walce o bilety (w moim przypadku odkupowaniu ich od kogoś w internecie, co sprowadzało na mnie widmo doświadczeń bycia oszukanym) około godziny 16 dotarłam wraz z koleżanką pod Zajezdnię. Tłum był jeszcze umiarkowany, napełnianie lokalu szło sprawnie. Już około 17 nasze uszy wypełniały anielskie głosy dziewczyn z Lucius. Dźwięk był niestety na tyle podkręcony że po ich występie odezwało się moje kontuzjowane ucho i z niepokojem zastanawiałam się jak zniesie ono dawkę jazgotu brudnej gitary Jacka. Jak można się domyślać obawy okazały się bezpodstawne, gdyż doświadczanie Jacka na żywo w żadnym przypadku nie może powodować bólu. No chyba, że mówimy o bólu utraty go z oczu i uszu zbyt szybko - koncert choć niezwykle intensywny okazał się zaskakująco krótki.
Już pewnie ostatnio wspominałam o Jacku jako o prawdziwym Artyście. Potwierdził to w 100% w wersji life. Tak na prawdę wydaje się, że tworzy on muzykę głównie po to, by grać ją potem na żywo. Czuje się to w każdym jego uderzeniu w struny czy klawisze, widzi się to w sposobie, w jaki zarządza swoją grupą muzyków. Przypominał rozbieganego dyrygenta, który podczas każdego utworu wskazuje poszczególnym instrumentom co mają robić aby w sumie uzyskać to co Jack akurat słyszy w tym momencie w swojej głowie. Chcąc nie chcąc Lillie, Fats, Dean, Dominic i Daru musieli mocno koncentrować się na swoim bossie przez cały występ. Pomimo tego widać było, że daje im to niesamowitą radość i mimo wszystko dużo bliżej ma do wspólnej zabawy niż pracy.
Nie próbuję nawet pisać o emocjach jakie towarzyszyły mi nie tylko podczas samego koncertu ale i na dużo przed i po nim. Zaznaczę tylko, że Jack White stanowi dla mnie kwintesencję tego, co kocham w muzyce - PASJA, EKSPRESJA, zaangażowanie, emocje, tworzenie, stylowość, prawdziwość, radość...... To wszystko też zobaczyłam w nim i jego muzyce na żywo. Kiedy wybiegł na scenie i wycelował wzrok w publikę to aż przeszyły mnie ciarki - jakby chciał zobaczyć w nas co myślimy, co chcemy dziś usłyszeć, czego od niego oczekujemy. Najbardziej magiczny moment koncertu? Myślę, że moje rzadko grane Union Forever, które było zresztą zaskoczeniem (może usłyszał/zobaczył moje myśli:>).
Koncert Jacka był dla mnie tak wyczekiwanym i intensywnym przeżyciem, że tym razem Slash okazał się tylko deserem. Być może spowodowane to było tym, że od ostatniej wizyty Slasha w Spodku nie minęło dużo czasu. Jednak kiedy zmierzając w kierunku Areny wyłonił się optymistyczny napis SLASH JUŻ TU JEST! muszę przyznać, że jak odruch bezwarunkowy pojawił się niedający się powstrzymać uśmiech na mojej twarzy. :) Jest to chyba najlepsza recenzja muzyki i koncertowania Slasha i konspiratorów - to czysta rock & rollowa radość! Już z pierwszymi dźwiękami You're A Lie nogi same zaczęły mi podskakiwać i nie dały się opanować do samego końca. Znów dziwi mnie statyczność wszystkich stojących wokół mnie, nie najbliżej sceny, ale jednak - płyta zobowiązuje do poruszania kończynami! Tak, jak Jack pozostawił niedosyt, tak Konspiratorzy zafundowali ponad dwie pełne godziny szybkiego świetnego grania. Myles coraz bardziej rozkręca się w roli frontmana, a jego głos nieustannie zdumiewa i czaruje. Slash przypomina nam, że jest gitarzystą i nie tylko tworzy chwytliwe melodie, ale też bawi się gitarą podczas ponad 10-minutowych solówek. Gdybym się miała przyczepić, to zaproponowałabym Saulowi aby zaczął swoje popisowe solówki wplatać w inne utwory. Rocket Queen już nie zaskakuje, już ją znamy. Poza tym ze sceny wylewała się wręcz energia i uciecha jaką mieli Slash, Myles, Brent, Frank i Todd. Gdyby zamknąć tą atmosferę w pigułce - Prozac miałby silnego konkurenta.
Nie-muzyk o muzyce, nie-filmowiec o filmie, psycholog o własnych obserwacjach świata, życia i ludzi
Showing posts with label koncert. Show all posts
Showing posts with label koncert. Show all posts
Monday, 15 December 2014
Saturday, 2 August 2014
Jack White Wielki
Od jakiegoś czasu jestem na etapie miłości totalnej do twórczości i całej osoby Jacka White'a. Znam człowieka oczywiście od dawna, jednak nie byłam zakochana w jego twórczości. Do tego chyba trzeba po prostu dojrzeć...
Znałam pojedyncze piosenki The White Stripes, trochę mniej piosenek The Raconteurs i jeszcze mniej The Dead Weather. Kiedy Jack wydał pierwszą solówkę, podeszłam do tego z lekkim przekąsem z cyklu "kombinuje, odcina kupony, sam nie wie czego chce". Pierwsze przesłuchanie zwróciło uwagę na Sixteen Saltines, do reszty przekonywałam się z kolejnymi odsłuchami, teraz płytę uwielbiam. Na Lazaretto już bardzo czekałam, jego odsłuchy przebiegały podobnie. High Ball Stepper i Lazaretto zawładnęły mną jeszcze będąc singlami, to hity z rodzaju catchy. Resztę kawałków trzeba odkrywać, jest to jednak wysiłek na prawdę warty zachodu.
Zaciekawiona nowym albumem obejrzałam występ White'a na Glastonbury. Było świetnie, z niecierpliwością wyczekiwałam na stream z openera.
Wieczorową porą zasiadłam przed małym ekranem, przygotowana na obejrzenie powtórki z Glasto. Moja szczęka wędrowała coraz bliżej podłogi, co było wprost proporcjonalne do zdziwienia w obliczu tego, co oglądałam. Zobaczyłam artystę kompletnego, artystę prawdziwego, który nie odgrywa każdego wieczoru tego, co kiedyś stworzył, zobaczyłam artystę przy pracy, który na żywo tworzy muzykę. Zobaczyłam to, za co najbardziej cenię White'a, zobaczyłam niesłychaną ekspresję, którą słychać w jego głosie nawet gdy nie patrzysz na niego akurat na scenie. No i potem już poszło standardowo - historia White Stripes, biografie, koncerty, It might get loud i wreszcie Under Great White Northern Lights. Im więcej dowiadujesz się o Jacku, tym mniej o nim wiesz. Jakby tajemnic było mało, pojawia się postać Meg, która jest już totalnie nie do ogarnięcia. Żyjąca w swoim świecie, inspirująca, denerwująca, onieśmielona i onieśmielająca. Choć wydaje się drugim planem duetu, tak na prawdę to chyba ona jest odpowiedzialna, nie robiąc właściwie nic, za klimat White Stripes i jego tajemnicę. Ta niezwykle wrażliwa istota płaci jednak wysoką cenę własnego zdrowia psychicznego za bycie tym kim jest i za dawanie nam wszystkim tego, czym jest muzyka White Stripes.
Na koniec moja ukochana piosenka Jacka, jeden z najprawdziwszych kawałków ever. Nie ma wątpliwości, czy Jack wierzy w to co śpiewa. Ciary są za każdym razem!!
Znałam pojedyncze piosenki The White Stripes, trochę mniej piosenek The Raconteurs i jeszcze mniej The Dead Weather. Kiedy Jack wydał pierwszą solówkę, podeszłam do tego z lekkim przekąsem z cyklu "kombinuje, odcina kupony, sam nie wie czego chce". Pierwsze przesłuchanie zwróciło uwagę na Sixteen Saltines, do reszty przekonywałam się z kolejnymi odsłuchami, teraz płytę uwielbiam. Na Lazaretto już bardzo czekałam, jego odsłuchy przebiegały podobnie. High Ball Stepper i Lazaretto zawładnęły mną jeszcze będąc singlami, to hity z rodzaju catchy. Resztę kawałków trzeba odkrywać, jest to jednak wysiłek na prawdę warty zachodu.
Zaciekawiona nowym albumem obejrzałam występ White'a na Glastonbury. Było świetnie, z niecierpliwością wyczekiwałam na stream z openera.
Wieczorową porą zasiadłam przed małym ekranem, przygotowana na obejrzenie powtórki z Glasto. Moja szczęka wędrowała coraz bliżej podłogi, co było wprost proporcjonalne do zdziwienia w obliczu tego, co oglądałam. Zobaczyłam artystę kompletnego, artystę prawdziwego, który nie odgrywa każdego wieczoru tego, co kiedyś stworzył, zobaczyłam artystę przy pracy, który na żywo tworzy muzykę. Zobaczyłam to, za co najbardziej cenię White'a, zobaczyłam niesłychaną ekspresję, którą słychać w jego głosie nawet gdy nie patrzysz na niego akurat na scenie. No i potem już poszło standardowo - historia White Stripes, biografie, koncerty, It might get loud i wreszcie Under Great White Northern Lights. Im więcej dowiadujesz się o Jacku, tym mniej o nim wiesz. Jakby tajemnic było mało, pojawia się postać Meg, która jest już totalnie nie do ogarnięcia. Żyjąca w swoim świecie, inspirująca, denerwująca, onieśmielona i onieśmielająca. Choć wydaje się drugim planem duetu, tak na prawdę to chyba ona jest odpowiedzialna, nie robiąc właściwie nic, za klimat White Stripes i jego tajemnicę. Ta niezwykle wrażliwa istota płaci jednak wysoką cenę własnego zdrowia psychicznego za bycie tym kim jest i za dawanie nam wszystkim tego, czym jest muzyka White Stripes.
Na koniec moja ukochana piosenka Jacka, jeden z najprawdziwszych kawałków ever. Nie ma wątpliwości, czy Jack wierzy w to co śpiewa. Ciary są za każdym razem!!
Tuesday, 15 July 2014
Queens and Kings w kolorze orange
Moje pisarskie nieogarnięcie przyprawia mnie o ciągłą frustrację. Tyle muzycznych wydarzeń większych i mniejszych mija sobie ot tak, a ja wciąż odkładając opisanie ich patrzę jak każdego dnia stają się coraz bledsze i odleglejsze. Zmotywowana obszerną openerową relacją blogowego znajomego (tak o Tobie Panie Boltz) siadam i piszę.
Wspomnieć należałoby na początek o doświadczeniu bezpośrednim - koncertowym. Gdzieś od miesięcy zimowych na półce cierpliwie czekał bilet na Orange Warsaw Festival, a właściwie poprawka - na Queens Of The Stone Age i Kings of Leon. Wybaczcie ale nigdy nie miałam duszy festiwalowicza, uczęszczam na nie tylko dla konkretnych wykonawców, nie dla samego festiwalu.
Stadion Narodowy odwiedziłam po raz pierwszy i nie zrobił na mnie wrażenia jakiego się spodziewałam - szczerze mówiąc myślałam, że jest większy. O jego rozmiarach przekonałam się dopiero wówczas, gdy próbowałam dostrzec wykonawców na scenie co okazywało się niemożliwe dla mojego oka, które musiało zadowolić się oglądaniem telebimu. I tu od razu przekonałam się o popełnieniu przez mnie kardynalnego błędu - zakupie biletu na trybuny. Nigdy więcej, przyrzekam uroczyście nigdy więcej! Zniosłabym jeszcze tą odległość kompensowaną w miarę dobrym nagłośnieniem, jednak szalę wściekłości przelały akcje w stylu: "Proszę nie stać na schodach tylko usiąść na swoim miejscu bo wezwę kierownika!", "Sory ale musicie usiąść bo my za wami nic nie widzimy". I tak właśnie dzięki uprzejmości obsługi festiwalu oraz festiwalowiczów, którzy przyszli obejrzeć koncert jak film czy operę spędziłam koncert KOL siedząc jak burak i gotując się od środka.
Na szczęście (ale i na moje wielkie zdziwienie) na QOTSA frekwencja była na trybunach na tyle mała, że mogliśmy dawać do woli upust wszelkim dziwnym ruchom powodowanym przez odbiór dźwięków płynących ze sceny. Jeśli Homme przypomniał sobie widok z openerowej sceny sprzed roku i porównał go z tym, który zastał ok. 21 na Narodowym musiał poczuć się znowu jak za dawnych latach kiedy pełnił rolę supportu. Trochę było widać to po jego kontakcie z publiką a raczej jej braku, ale cóż - chyba nie po wazelinę idzie się na koncert QOTSA.
Uderzyli od razu pełną mocą. "You Think I Ain't Worth a Dollar, but I Feel Like a Millionaire" zaryczało pięknie, choć od razu dała się we znaki ledwo słyszalna linia wokalu. Cóż z tego skoro można śpiewać samemu :) Zresztą nigdy nie kojarzyłam ich zespołu z pięknym i mocnym wokalem, czekałam raczej na huk, hałas, zgryzotę, napięcie rosnące do granic wytrzymałości, brud i jęki gitary. I to wszystko dostałam. Po niekończącym się "Sick, sick, sick" głowa nie mogła się powstrzymać od powracających ruchów palpitacyjnych. Setlista spełniła moje oczekiwania, choć cały koncert wydał się nieco przykrótki. Ale to już pewnie bardzo subiektywny odbiór.
Przed 23 Stadion zaczął się leniwie zapełniać, choć ostateczna frekwencja również mnie zaskoczyła. Za krótki był chyba odstęp między polskimi koncertami Followillów żeby zapełnić szczelnie trybuny. Moją frustrację z powodu postawy siedzącej większości trybunowych widzów (tak widzów!) powoli zaczęły osładzać dźwięki tak dobrze znanych mi melodii. Radosny Supersoaker zrobił co do niego należy i pogodziłam się z (tylko) obejrzeniem i posłuchaniem braci. Setlista świetnie przeplatała to co nowe z tym co starsze, Caleb brzmiał pięknie i wyraźnie, nawet zdobył się na kilka zdań w kierunku publiki, jednak jego bełkotliwy akcent południowca nie pozwolił mi na zrozumienie wszystkiego. Było wszystko, czego oczekiwałam od KOL - stare szarpańce w stylu "Four Kicks", piękne melodyjne "Pyro", czy moje ukochane "Back Down South", aż po wywołujące wreszcie spazmy nastolatek "Use Somebody", klimatyczne "Closer", czy już nieco irytujące "Sex on Fire". No i na koniec ostatnie spostrzeżenie, które stanowi domenę występów braci Followill - panowie pięknie odgrywają nuta w nutę cały swój materiał, nie dodając absolutnie nic nowego. I tu zaczyna mi brakować tego, po co idzie się na koncert - doświadczenia tworzenia muzyki na żywo, nie tylko słuchania muzyki na żywo.
Echh, ale cóż z tego, to w końcu moje ukochane Kings of Leon, których każdy kawałek rozpoznaję po pierwszej nucie. Nie mogę mieć złych wrażeń po ich koncercie. Mimo marudzenia na wiele szczegółów dopisuję oczywiście ich koncert do udanych.
Na koniec jednak wrzuta tych, dla których przede wszystkim odbyłam wycieczke do Warszawy.
Wspomnieć należałoby na początek o doświadczeniu bezpośrednim - koncertowym. Gdzieś od miesięcy zimowych na półce cierpliwie czekał bilet na Orange Warsaw Festival, a właściwie poprawka - na Queens Of The Stone Age i Kings of Leon. Wybaczcie ale nigdy nie miałam duszy festiwalowicza, uczęszczam na nie tylko dla konkretnych wykonawców, nie dla samego festiwalu.
Stadion Narodowy odwiedziłam po raz pierwszy i nie zrobił na mnie wrażenia jakiego się spodziewałam - szczerze mówiąc myślałam, że jest większy. O jego rozmiarach przekonałam się dopiero wówczas, gdy próbowałam dostrzec wykonawców na scenie co okazywało się niemożliwe dla mojego oka, które musiało zadowolić się oglądaniem telebimu. I tu od razu przekonałam się o popełnieniu przez mnie kardynalnego błędu - zakupie biletu na trybuny. Nigdy więcej, przyrzekam uroczyście nigdy więcej! Zniosłabym jeszcze tą odległość kompensowaną w miarę dobrym nagłośnieniem, jednak szalę wściekłości przelały akcje w stylu: "Proszę nie stać na schodach tylko usiąść na swoim miejscu bo wezwę kierownika!", "Sory ale musicie usiąść bo my za wami nic nie widzimy". I tak właśnie dzięki uprzejmości obsługi festiwalu oraz festiwalowiczów, którzy przyszli obejrzeć koncert jak film czy operę spędziłam koncert KOL siedząc jak burak i gotując się od środka.
Na szczęście (ale i na moje wielkie zdziwienie) na QOTSA frekwencja była na trybunach na tyle mała, że mogliśmy dawać do woli upust wszelkim dziwnym ruchom powodowanym przez odbiór dźwięków płynących ze sceny. Jeśli Homme przypomniał sobie widok z openerowej sceny sprzed roku i porównał go z tym, który zastał ok. 21 na Narodowym musiał poczuć się znowu jak za dawnych latach kiedy pełnił rolę supportu. Trochę było widać to po jego kontakcie z publiką a raczej jej braku, ale cóż - chyba nie po wazelinę idzie się na koncert QOTSA.
Uderzyli od razu pełną mocą. "You Think I Ain't Worth a Dollar, but I Feel Like a Millionaire" zaryczało pięknie, choć od razu dała się we znaki ledwo słyszalna linia wokalu. Cóż z tego skoro można śpiewać samemu :) Zresztą nigdy nie kojarzyłam ich zespołu z pięknym i mocnym wokalem, czekałam raczej na huk, hałas, zgryzotę, napięcie rosnące do granic wytrzymałości, brud i jęki gitary. I to wszystko dostałam. Po niekończącym się "Sick, sick, sick" głowa nie mogła się powstrzymać od powracających ruchów palpitacyjnych. Setlista spełniła moje oczekiwania, choć cały koncert wydał się nieco przykrótki. Ale to już pewnie bardzo subiektywny odbiór.
Przed 23 Stadion zaczął się leniwie zapełniać, choć ostateczna frekwencja również mnie zaskoczyła. Za krótki był chyba odstęp między polskimi koncertami Followillów żeby zapełnić szczelnie trybuny. Moją frustrację z powodu postawy siedzącej większości trybunowych widzów (tak widzów!) powoli zaczęły osładzać dźwięki tak dobrze znanych mi melodii. Radosny Supersoaker zrobił co do niego należy i pogodziłam się z (tylko) obejrzeniem i posłuchaniem braci. Setlista świetnie przeplatała to co nowe z tym co starsze, Caleb brzmiał pięknie i wyraźnie, nawet zdobył się na kilka zdań w kierunku publiki, jednak jego bełkotliwy akcent południowca nie pozwolił mi na zrozumienie wszystkiego. Było wszystko, czego oczekiwałam od KOL - stare szarpańce w stylu "Four Kicks", piękne melodyjne "Pyro", czy moje ukochane "Back Down South", aż po wywołujące wreszcie spazmy nastolatek "Use Somebody", klimatyczne "Closer", czy już nieco irytujące "Sex on Fire". No i na koniec ostatnie spostrzeżenie, które stanowi domenę występów braci Followill - panowie pięknie odgrywają nuta w nutę cały swój materiał, nie dodając absolutnie nic nowego. I tu zaczyna mi brakować tego, po co idzie się na koncert - doświadczenia tworzenia muzyki na żywo, nie tylko słuchania muzyki na żywo.
Echh, ale cóż z tego, to w końcu moje ukochane Kings of Leon, których każdy kawałek rozpoznaję po pierwszej nucie. Nie mogę mieć złych wrażeń po ich koncercie. Mimo marudzenia na wiele szczegółów dopisuję oczywiście ich koncert do udanych.
Na koniec jednak wrzuta tych, dla których przede wszystkim odbyłam wycieczke do Warszawy.
Wednesday, 31 July 2013
I should be born in Tennessee …. Open’er 2013
Kiedy znajomi pytali mnie po powrocie o wrażenia, moja odpowiedź zawsze uzależniona była od ich pytania. Jeśli pytali o wyjazd – extra. Jeśli o koncert – świetny. Jeśli o Open’er – hmm…przereklamowany?
Zacznijmy może od wyjazdu. Tu zasługę trzeba przypisać Open’erowi, gdyż gdyby nie on z pewnością nad polskie morze w tym roku bym nie trafiła. Nie przepadam za wieczną niepewnością pogodową podczas wakacji i zabijaniem czasu innymi aktywnościami, które mają zastąpić wygrzewanie się na plaży podczas pobytu nad morzem. Wprawdzie tym razem pogoda okazała się w miarę łaskawa (jakieś 3 godziny spędziliśmy na plaży, chociaż połowie tego czasu towarzyszył kropiący letni deszczyk), jednak tropikalnym upałem nazwać tego nie można. Na szczęście jak zwykle ekipa nie zawiodła, więc na nudę narzekać nie mogłam. Nie straszne było nam nawet 12 godzin w jedną stronę spędzone w Peugeociku. Szczęśliwa dwójka siedząca z przodu! Dla pozostałej trójki z tyłu to była prawdziwie „zbliżająca” podróż:)
Nadszedł dzień koncertu. Jak zawsze ciężko było wszystkich zebrać, ale tym razem grzebulstwo i nieogarnięcie naszych ludzi sięgnęło szczytów. Ten nie ma biletu, nie ma opaski, ten już prawie ma opaskę ale jednak nie ma biletu, ten ma za dużo biletów itd.,itp. Później jeszcze oczekiwanie na wejście do autobusu, dosyć długa podróż na Kosakowo i … kolejne szukanie się i czekanie na każdego po kolei. Suma sumarum dotarliśmy na miejsce dosyć późno. Zwiedzanie terenu festiwalowego zostawiliśmy sobie więc na później, aby zająć sobie dobre miejsce pod main stage. Ostatnie chwile oczekiwania i pojawili się! Zaczęło się dynamicznie, Followillowie zaskakiwali mnie kolejnymi wyborami, szczególnie miło starymi kawałkami. Pod koniec set listy zrobiło się nieco wolniej i bardziej melodyjnie. Dużym zaskoczeniem były dla mnie Cold Desert oraz dłuuuugie Knocked Up, które wcale nie okazały się zamulaczami koncertowymi, tylko niezwykle klimatycznymi momentami. Na koniec Use Somebody zadowalający wreszcie 70% publiczności czekającej na dwa znane sobie kawałki. Potwierdzenie moich szacunków nadeszło już podczas oczekiwania na bis. Nieusatysfakcjonowany tłum jednym tchem wykrzykiwał Sex On Fire domagając się drugiego znanego sobie szlagieru. Co chcieli to dostali, a szał jaki opanował młodocianych „fanów” (lekko znudzonych do tej pory nieznanymi sobie kawałkami ) wprawił mnie w lekkie osłupienie. Byłam nawet świadkiem jakiś dzikich przeprosin, wyznań i zapewnień pobliskich nastolatków, że już nic ich nie rozdzieli bo są teraz tu razem i słyszą tą piękną piosenkę. Wtedy poczułam się jak na koncercie Biebera Sytuację uratował na szczęście jeden z moich ulubionych Black Thumbnail na zakończenie.
Podsumowując – koncert Kings Of Leon nie mógł być nieudany. W końcu to jeden z moich najulubieńszych bandów, mam słabość do każdej nuty, która wyszła z ich studia, każdą piosenkę rozpoznaję po jednej nutce. Do tego byłam tam z grupą bliskich mi osób, dla których ta muzyka jest równie ważna jak dla mnie (z utęsknieniem oczekiwaliśmy na Arizonę, która jest dla nas wyjątkowym kawałkiem pełnym wspomnień, może następnym razem się uda). Przeszkadzało mi jedynie słabe nagłośnienie (znowu!!) – śpiewając słyszałam swój głos na koncercie, a „raczej” Caleb powinien mnie zagłuszać. Trzeba też sprawiedliwie stwierdzić, że, pomimo całej mojej miłości do muzyki Followillów, trochę było mało koncertu w tym koncercie. Panowie świetnie odtworzyli materiał, jednak zabrakło mi nieco dodatków, jamowania, niespodzianek, kontaktu z publiką. Do tego niestety denerwował mnie ten tłum ludzi tak naprawdę niezainteresowanych KOL tylko Sex On Fire. Już w autobusie miałam niestety próbkę tego, kto będzie na koncercie. „Ile znacie piosenek Kings Of Leon? Ja znam USe Somebody, Sex On Fire i Closer”. Yyyyyyy……….Właśnie mają wydać swoją szóstą płytę długogrającą ale ok.:/
Na koniec kilka słów o samym festiwalu. Mam świadomość tego, że moja ocena pewnie będzie pochopna bo nie przyłożyłam się do zobaczenia wszystkiego dokładnie, ale muszę stwierdzić, że Opener mnie nie zachwycił. Przede wszystkim ten pierdyliard ludzi, ciągłe kolejki, przepychanie się, laski wystrojone jak panienki z okładek najnowszych czasopism. Miałam wrażenie, że jest tam masa ludzi, którzy nie znają prawie nikogo kto będzie grał (no oprócz Rihanny oczywiście) i są tam nie dla muzyki a dla lansu. Coraz bardziej zaczynam przekonywać się do koncertów danego zespołu, zamiast występów festiwalowych. Nie żałuję jednak, że byłam i widziałam. Chociaż przyznaję, że byłam tam tylko ze względu na KOL. Żałuję natomiast, że nie zdecydowałam się pójść na QOTSA. Mój romans z ich muzyką trwa od niedawna, więc to pewnie mnie powstrzymało. Oglądając potem koncert online ślinka ciekła….
Zacznijmy może od wyjazdu. Tu zasługę trzeba przypisać Open’erowi, gdyż gdyby nie on z pewnością nad polskie morze w tym roku bym nie trafiła. Nie przepadam za wieczną niepewnością pogodową podczas wakacji i zabijaniem czasu innymi aktywnościami, które mają zastąpić wygrzewanie się na plaży podczas pobytu nad morzem. Wprawdzie tym razem pogoda okazała się w miarę łaskawa (jakieś 3 godziny spędziliśmy na plaży, chociaż połowie tego czasu towarzyszył kropiący letni deszczyk), jednak tropikalnym upałem nazwać tego nie można. Na szczęście jak zwykle ekipa nie zawiodła, więc na nudę narzekać nie mogłam. Nie straszne było nam nawet 12 godzin w jedną stronę spędzone w Peugeociku. Szczęśliwa dwójka siedząca z przodu! Dla pozostałej trójki z tyłu to była prawdziwie „zbliżająca” podróż:)
Nadszedł dzień koncertu. Jak zawsze ciężko było wszystkich zebrać, ale tym razem grzebulstwo i nieogarnięcie naszych ludzi sięgnęło szczytów. Ten nie ma biletu, nie ma opaski, ten już prawie ma opaskę ale jednak nie ma biletu, ten ma za dużo biletów itd.,itp. Później jeszcze oczekiwanie na wejście do autobusu, dosyć długa podróż na Kosakowo i … kolejne szukanie się i czekanie na każdego po kolei. Suma sumarum dotarliśmy na miejsce dosyć późno. Zwiedzanie terenu festiwalowego zostawiliśmy sobie więc na później, aby zająć sobie dobre miejsce pod main stage. Ostatnie chwile oczekiwania i pojawili się! Zaczęło się dynamicznie, Followillowie zaskakiwali mnie kolejnymi wyborami, szczególnie miło starymi kawałkami. Pod koniec set listy zrobiło się nieco wolniej i bardziej melodyjnie. Dużym zaskoczeniem były dla mnie Cold Desert oraz dłuuuugie Knocked Up, które wcale nie okazały się zamulaczami koncertowymi, tylko niezwykle klimatycznymi momentami. Na koniec Use Somebody zadowalający wreszcie 70% publiczności czekającej na dwa znane sobie kawałki. Potwierdzenie moich szacunków nadeszło już podczas oczekiwania na bis. Nieusatysfakcjonowany tłum jednym tchem wykrzykiwał Sex On Fire domagając się drugiego znanego sobie szlagieru. Co chcieli to dostali, a szał jaki opanował młodocianych „fanów” (lekko znudzonych do tej pory nieznanymi sobie kawałkami ) wprawił mnie w lekkie osłupienie. Byłam nawet świadkiem jakiś dzikich przeprosin, wyznań i zapewnień pobliskich nastolatków, że już nic ich nie rozdzieli bo są teraz tu razem i słyszą tą piękną piosenkę. Wtedy poczułam się jak na koncercie Biebera Sytuację uratował na szczęście jeden z moich ulubionych Black Thumbnail na zakończenie.
Podsumowując – koncert Kings Of Leon nie mógł być nieudany. W końcu to jeden z moich najulubieńszych bandów, mam słabość do każdej nuty, która wyszła z ich studia, każdą piosenkę rozpoznaję po jednej nutce. Do tego byłam tam z grupą bliskich mi osób, dla których ta muzyka jest równie ważna jak dla mnie (z utęsknieniem oczekiwaliśmy na Arizonę, która jest dla nas wyjątkowym kawałkiem pełnym wspomnień, może następnym razem się uda). Przeszkadzało mi jedynie słabe nagłośnienie (znowu!!) – śpiewając słyszałam swój głos na koncercie, a „raczej” Caleb powinien mnie zagłuszać. Trzeba też sprawiedliwie stwierdzić, że, pomimo całej mojej miłości do muzyki Followillów, trochę było mało koncertu w tym koncercie. Panowie świetnie odtworzyli materiał, jednak zabrakło mi nieco dodatków, jamowania, niespodzianek, kontaktu z publiką. Do tego niestety denerwował mnie ten tłum ludzi tak naprawdę niezainteresowanych KOL tylko Sex On Fire. Już w autobusie miałam niestety próbkę tego, kto będzie na koncercie. „Ile znacie piosenek Kings Of Leon? Ja znam USe Somebody, Sex On Fire i Closer”. Yyyyyyy……….Właśnie mają wydać swoją szóstą płytę długogrającą ale ok.:/
Na koniec kilka słów o samym festiwalu. Mam świadomość tego, że moja ocena pewnie będzie pochopna bo nie przyłożyłam się do zobaczenia wszystkiego dokładnie, ale muszę stwierdzić, że Opener mnie nie zachwycił. Przede wszystkim ten pierdyliard ludzi, ciągłe kolejki, przepychanie się, laski wystrojone jak panienki z okładek najnowszych czasopism. Miałam wrażenie, że jest tam masa ludzi, którzy nie znają prawie nikogo kto będzie grał (no oprócz Rihanny oczywiście) i są tam nie dla muzyki a dla lansu. Coraz bardziej zaczynam przekonywać się do koncertów danego zespołu, zamiast występów festiwalowych. Nie żałuję jednak, że byłam i widziałam. Chociaż przyznaję, że byłam tam tylko ze względu na KOL. Żałuję natomiast, że nie zdecydowałam się pójść na QOTSA. Mój romans z ich muzyką trwa od niedawna, więc to pewnie mnie powstrzymało. Oglądając potem koncert online ślinka ciekła….
Monday, 18 February 2013
Welcome to our jungle Mr SLASH and The Conspirators!
I znów zamiast pisać relację z koncertu oglądam go po raz setny.
fragmenty koncertu od 18. minuty
Powyżej możecie obejrzeć fragmenty apogeum ekstazy nocy środowej 13 lutego 2013 roku. Ale po kolei...
Koncertowe napięcie narastało już na długo przed datą zero. Podsycane było systematycznie lekturą szalonej autobiografii bohatera wieczoru, nieustannie płynącą z głośników muzyką, a na koniec w poniedziałek przed samym koncertem wizytą Slasha w Top Gear (powtórki na tvn-ie). W środę ruszyliśmy do Krakowa, który był naszym miejscem wypadowym. Po krótkim, acz intensywnym before party w stylu Slasha (whiskey jako motyw przewodni) ekipa w liczbie osób 9 zapakowała się do samochodów i ruszyła w kierunku Katowic. Po kilku przystankach mających na celu uzupełnienie płynów (bądź pozbycie się ich) dotarliśmy wreszcie w najgłośniejsze miejsce w Polsce tego wieczoru. Wejście na nasze miejsca na trybunach przebiegło nadzwyczaj sprawnie. Pod tym względem Spodek okazał się bardzo przyjazny. Być może wrażenie to spowodowane było dosyć późną godziną naszego najazdu. Kiedy zajęliśmy bowiem miejsca support właśnie kończył grać. Nie zdążyliśmy jeszcze dobrze rozejrzeć się po Spodku a tu już słychać pierwsze takty Ghost. Było to równoznaczne z natychmiastowym opuszczeniem naszych miejsc siedzących i udaniem się na balkon gdzie przez resztę koncertu skutecznie sprawdzaliśmy wytrzymałość naszych mięśni karku i siłę naszych głosów. Podczas tego typu koncertów masz zazwyczaj dwie opcje: siedzieć/stać w miejscu i obserwować dokładnie co dzieje się na scenie lub dać się totalnie ponieść muzyce. Jako że nasza ekipa była dość liczna i bardzo mocno nakręcona pierwsza opcja właściwie nie wchodziła w grę. Rozpoczęło się dwugodzinne szaleństwo - muzyka przechodziła przez każdy milimetr naszych ciał, gardła zdzierały resztki strun głosowych, a nieznane mi dotąd mięśnie ujawniały swoją obecność (szczególnie następnego dnia w postaci pięknych koncertowych zakwasów). Dochodziły do tego różne akrobacje, np stanie na rękach oczywiście z pomocą asekurującej ekipy. Jednym słowem Slash wyprawił nieziemską imprezę w swoim stylu i jako gospodarz zadbał o swoich gości do ostatniej minuty. Goście zresztą odwdzięczyli mu się najlepiej jak potrafili. Na płycie las rąk, ludzie noszeni na rękach, latające staniki, Myles niejednokrotnie przekrzykiwany przez tysiące gardeł śpiewających za niego tekst, a podczas Back from Cali ogromna flaga powitalna tak na wypadek, gdyby Slash nie zauważył wypełnionej po brzegi i wyprzedanej areny. Bez obaw - zdecydowanie zauważył, czemu dał wyraz w wiadomościach na Twitterze i Fb.
A teraz kilka obserwacji, które poczyniłam pomiędzy podskokami. Po pierwsze cudowna punktualność - podejrzewam że Slash jest wyczulony na tym punkcie po przygodach z Axlem. Po drugie nasz bohater nie jest wcale niemym i naburmuszonym gitarzystą - gwiazdorem. Potrafi nawiązać świetny kontakt z publiką i cały czas świetnie się bawi tym co robi. Bardzo dobrze wyważona setlista dostarczyła wszystkim spełnienia choć części pragnień (wszystkich oczywiście zadowolić się nie da). Osobiście brakowało mi trochę Bad rain i Fall to Pieces, ale reszta wynagrodziła mi to tysiąckrotnie. Usłyszenie na żywo Rocket Queen, Sweet Child O'Mine, Back from Cali, You're a Lie, Doctor Alibi itd to przeżycie nieporównywalne z żadnym innym muzycznym doświadczeniem.
Teraz minus - i to niestety bardzo duży. Nie wiem o co chodzi w tym Spodku, ale ja ledwo słyszałam wokalistę. Bardzo wsłuchiwałam się bo ubóstwiam wokal Mylesa i nadal uważam go za czołowego obecnie "śpiewaka", dlatego tym większe było moje rozgoryczenie, że tak kiepsko go słyszałam. Jeszcze gorzej było kiedy przed mikrofonem stawał Todd, którego świetne wokalne popisy mogłam dokładnie usłyszeć dopiero na filmach na youtube z koncertu. Żałuję bardzo, bo kiedy słucham Mylesa, chociażby na powyższej relacji, to nadal nie mogę wyjść z podziwu i na próżno próbuję przyłapać go na choćby najmniejszym fałszu czy zachwianiu głosu. Do tego bardzo go lubię jako człowieka. Pomimo, że go nie znam budzi on moją ogromną sympatię swoją postawą i wypowiedziami i sprawia wrażenie przesympatycznego człowieka.
Na uwagę zasługują też pomijanie ciągle Konspiratorzy. Nie wyobrażam sobie bólu mojego karku gdyby częstotliwość moich ruchów głowy była choćby zbliżona do tej prezentowanej przez Franka i Todda. Mają panowie krzepę, a Sidoris mógłby do tego wystąpić w reklamie szamponu do włosów bo jego czupryna jest przepiękna! Brent Fitz schowany cały czas za kolumbryną bębnów zaprezentował się dopiero na koniec podczas grupowego ukłonu. Przez cały koncert nie było go widać, ale zdecydowanie nie dało się go nie słyszeć!
Podsumowując, Slash, Myles i Konspiratorzy dali nam niezapomnianą lekcję prawdziwego, pełnokrwistego rocka. Wszystkim, którzy tego dnia zwagarowali powinno być na prawdę głupio:) Standardowo kieruję też gorące uściski i podziękowania dla całej koncertowej ekipy, dzięki której każdy koncert jest wypełniony nie tylko doskonałą muzyką, ale też czystą radością, zabawą i przyjaźnią. Dzięki trolle!!! Następny przystanek Heineken!
Setlista: http://www.setlist.fm/setlist/slash/2013/spodek-katowice-poland-4bdbc31e.html
Świetne zdjęcia: http://www.kararokita.pl/2013/02/slash-13-02-2013-spodek-katowice/

fragmenty koncertu od 18. minuty
Powyżej możecie obejrzeć fragmenty apogeum ekstazy nocy środowej 13 lutego 2013 roku. Ale po kolei...
Koncertowe napięcie narastało już na długo przed datą zero. Podsycane było systematycznie lekturą szalonej autobiografii bohatera wieczoru, nieustannie płynącą z głośników muzyką, a na koniec w poniedziałek przed samym koncertem wizytą Slasha w Top Gear (powtórki na tvn-ie). W środę ruszyliśmy do Krakowa, który był naszym miejscem wypadowym. Po krótkim, acz intensywnym before party w stylu Slasha (whiskey jako motyw przewodni) ekipa w liczbie osób 9 zapakowała się do samochodów i ruszyła w kierunku Katowic. Po kilku przystankach mających na celu uzupełnienie płynów (bądź pozbycie się ich) dotarliśmy wreszcie w najgłośniejsze miejsce w Polsce tego wieczoru. Wejście na nasze miejsca na trybunach przebiegło nadzwyczaj sprawnie. Pod tym względem Spodek okazał się bardzo przyjazny. Być może wrażenie to spowodowane było dosyć późną godziną naszego najazdu. Kiedy zajęliśmy bowiem miejsca support właśnie kończył grać. Nie zdążyliśmy jeszcze dobrze rozejrzeć się po Spodku a tu już słychać pierwsze takty Ghost. Było to równoznaczne z natychmiastowym opuszczeniem naszych miejsc siedzących i udaniem się na balkon gdzie przez resztę koncertu skutecznie sprawdzaliśmy wytrzymałość naszych mięśni karku i siłę naszych głosów. Podczas tego typu koncertów masz zazwyczaj dwie opcje: siedzieć/stać w miejscu i obserwować dokładnie co dzieje się na scenie lub dać się totalnie ponieść muzyce. Jako że nasza ekipa była dość liczna i bardzo mocno nakręcona pierwsza opcja właściwie nie wchodziła w grę. Rozpoczęło się dwugodzinne szaleństwo - muzyka przechodziła przez każdy milimetr naszych ciał, gardła zdzierały resztki strun głosowych, a nieznane mi dotąd mięśnie ujawniały swoją obecność (szczególnie następnego dnia w postaci pięknych koncertowych zakwasów). Dochodziły do tego różne akrobacje, np stanie na rękach oczywiście z pomocą asekurującej ekipy. Jednym słowem Slash wyprawił nieziemską imprezę w swoim stylu i jako gospodarz zadbał o swoich gości do ostatniej minuty. Goście zresztą odwdzięczyli mu się najlepiej jak potrafili. Na płycie las rąk, ludzie noszeni na rękach, latające staniki, Myles niejednokrotnie przekrzykiwany przez tysiące gardeł śpiewających za niego tekst, a podczas Back from Cali ogromna flaga powitalna tak na wypadek, gdyby Slash nie zauważył wypełnionej po brzegi i wyprzedanej areny. Bez obaw - zdecydowanie zauważył, czemu dał wyraz w wiadomościach na Twitterze i Fb.
A teraz kilka obserwacji, które poczyniłam pomiędzy podskokami. Po pierwsze cudowna punktualność - podejrzewam że Slash jest wyczulony na tym punkcie po przygodach z Axlem. Po drugie nasz bohater nie jest wcale niemym i naburmuszonym gitarzystą - gwiazdorem. Potrafi nawiązać świetny kontakt z publiką i cały czas świetnie się bawi tym co robi. Bardzo dobrze wyważona setlista dostarczyła wszystkim spełnienia choć części pragnień (wszystkich oczywiście zadowolić się nie da). Osobiście brakowało mi trochę Bad rain i Fall to Pieces, ale reszta wynagrodziła mi to tysiąckrotnie. Usłyszenie na żywo Rocket Queen, Sweet Child O'Mine, Back from Cali, You're a Lie, Doctor Alibi itd to przeżycie nieporównywalne z żadnym innym muzycznym doświadczeniem.
Teraz minus - i to niestety bardzo duży. Nie wiem o co chodzi w tym Spodku, ale ja ledwo słyszałam wokalistę. Bardzo wsłuchiwałam się bo ubóstwiam wokal Mylesa i nadal uważam go za czołowego obecnie "śpiewaka", dlatego tym większe było moje rozgoryczenie, że tak kiepsko go słyszałam. Jeszcze gorzej było kiedy przed mikrofonem stawał Todd, którego świetne wokalne popisy mogłam dokładnie usłyszeć dopiero na filmach na youtube z koncertu. Żałuję bardzo, bo kiedy słucham Mylesa, chociażby na powyższej relacji, to nadal nie mogę wyjść z podziwu i na próżno próbuję przyłapać go na choćby najmniejszym fałszu czy zachwianiu głosu. Do tego bardzo go lubię jako człowieka. Pomimo, że go nie znam budzi on moją ogromną sympatię swoją postawą i wypowiedziami i sprawia wrażenie przesympatycznego człowieka.
Na uwagę zasługują też pomijanie ciągle Konspiratorzy. Nie wyobrażam sobie bólu mojego karku gdyby częstotliwość moich ruchów głowy była choćby zbliżona do tej prezentowanej przez Franka i Todda. Mają panowie krzepę, a Sidoris mógłby do tego wystąpić w reklamie szamponu do włosów bo jego czupryna jest przepiękna! Brent Fitz schowany cały czas za kolumbryną bębnów zaprezentował się dopiero na koniec podczas grupowego ukłonu. Przez cały koncert nie było go widać, ale zdecydowanie nie dało się go nie słyszeć!
Podsumowując, Slash, Myles i Konspiratorzy dali nam niezapomnianą lekcję prawdziwego, pełnokrwistego rocka. Wszystkim, którzy tego dnia zwagarowali powinno być na prawdę głupio:) Standardowo kieruję też gorące uściski i podziękowania dla całej koncertowej ekipy, dzięki której każdy koncert jest wypełniony nie tylko doskonałą muzyką, ale też czystą radością, zabawą i przyjaźnią. Dzięki trolle!!! Następny przystanek Heineken!
Setlista: http://www.setlist.fm/setlist/slash/2013/spodek-katowice-poland-4bdbc31e.html
Świetne zdjęcia: http://www.kararokita.pl/2013/02/slash-13-02-2013-spodek-katowice/

Friday, 11 January 2013
Concert addict
Ponieważ wielkimi krokami zbliża się 13 lutego a wraz z nim koncert Slasha, skłoniło mnie to do poczynienia pewnych refleksji odnośnie moich koncertowych doświadczeń już zgromadzonych oraz tych będących jeszcze w zakładce "marzenia koncertowe".
Sporządzona na prędce lista wykonawców, których udało mi się już zobaczyć w wersji live:
2007: Reamonn, Hey, Dżem
2009: The Futureheads, Lady Pank, James, The Killers
2010: The Rasmus, Panic At The Disco, Muse
2011: Guano Apes, Alter Bridge, White Lies, The Kooks, Interpol, Editors, Kanye West
2012: Detox, The Vaccines, Kasabian, Red Hot Chilli Peppers , Muse
Wyszczególniłam tylko te, które faktycznie zapadły mi w pamięć i były dla mnie ważnym wydarzeniem, pomijam niewielkie koncerty polskich zespołów np. podczas juwenaliów, których nazw nawet nie pamiętam. W przypadku polskich zespołów przypisałam je przypadkowo do jednego roku, nie pamiętam kiedy i ile razy je widziałam podczas juwenaliów.
22 koncerty 21 wykonawców (double Muse yeah!!) - wynik nie jest porażający, ale i tak mnie niezmiernie cieszy. W większości są to bowiem nie jakieś przypadkowe zespoły, ale moje perełki muzyczne, a z każdym z owych wydarzeń wiąże się taka ilość niezapomnianych wspomnień nie do podrobienia, że na prawdę będę mieć o czym opowiadać dzieciom:)
Jeśli chodzi o listę koncertów-marzeń to sporządziłam ją już jakiś czas temu, chyba jeszcze latem. Wyglądała ona mniej więcej tak:
Największe koncertowe marzenia: Foo Fighters, Kings of Leon, The Black Keys, Slash, Pearl Jam, Lenny Kravitz, Franz Ferdinand, Jack White, AC/DC
Wnikliwy obserwator zauważy, że nie musiałam długo czekać na spełnienie aż dwóch marzeń - Slash będzie "zaliczony" już za miesiąc, a w lipcu Kings of Leon. Oczywiście apetyt na resztę i dużo, dużo więcej pozostanie nadal... Mimo to, cieszy mnie każdy muzyczny posiłek. Oczywiście uwzględniłam w moim zestawieniu tylko realne marzenia. Niestety zobaczenie na żywo Queen, Nirvany, Doorsów czy Gunsów w oryginalnym składzie jest już poza zasięgiem.
A jakie są Wasze największe koncertowe marzenia???
Sporządzona na prędce lista wykonawców, których udało mi się już zobaczyć w wersji live:
2007: Reamonn, Hey, Dżem
2009: The Futureheads, Lady Pank, James, The Killers
2010: The Rasmus, Panic At The Disco, Muse
2011: Guano Apes, Alter Bridge, White Lies, The Kooks, Interpol, Editors, Kanye West
2012: Detox, The Vaccines, Kasabian, Red Hot Chilli Peppers , Muse
Wyszczególniłam tylko te, które faktycznie zapadły mi w pamięć i były dla mnie ważnym wydarzeniem, pomijam niewielkie koncerty polskich zespołów np. podczas juwenaliów, których nazw nawet nie pamiętam. W przypadku polskich zespołów przypisałam je przypadkowo do jednego roku, nie pamiętam kiedy i ile razy je widziałam podczas juwenaliów.
22 koncerty 21 wykonawców (double Muse yeah!!) - wynik nie jest porażający, ale i tak mnie niezmiernie cieszy. W większości są to bowiem nie jakieś przypadkowe zespoły, ale moje perełki muzyczne, a z każdym z owych wydarzeń wiąże się taka ilość niezapomnianych wspomnień nie do podrobienia, że na prawdę będę mieć o czym opowiadać dzieciom:)
Jeśli chodzi o listę koncertów-marzeń to sporządziłam ją już jakiś czas temu, chyba jeszcze latem. Wyglądała ona mniej więcej tak:
Największe koncertowe marzenia: Foo Fighters, Kings of Leon, The Black Keys, Slash, Pearl Jam, Lenny Kravitz, Franz Ferdinand, Jack White, AC/DC
Wnikliwy obserwator zauważy, że nie musiałam długo czekać na spełnienie aż dwóch marzeń - Slash będzie "zaliczony" już za miesiąc, a w lipcu Kings of Leon. Oczywiście apetyt na resztę i dużo, dużo więcej pozostanie nadal... Mimo to, cieszy mnie każdy muzyczny posiłek. Oczywiście uwzględniłam w moim zestawieniu tylko realne marzenia. Niestety zobaczenie na żywo Queen, Nirvany, Doorsów czy Gunsów w oryginalnym składzie jest już poza zasięgiem.
A jakie są Wasze największe koncertowe marzenia???
Sunday, 25 November 2012
MUSEtyczny spektakl w Łodzi
16 czerwca bieżącego roku do moich trafił zestaw biletów na jedyny w Polsce koncert MUSE z datą 23 listopada 2012. Było to jeszcze na długo przed ukazaniem się najnowszej płyty zespołu i pamiętam jak jeden z moich internetowych twitter-friends zarzekał się, że on nigdy nie kupiłby w ciemno biletu przed odsłuchem płyty (a jest ich wielkim fanem!). Oj Matt, jak bardzo się myliłeś…
Rzeczywiście muszę przyznać, że jechałam do Łodzi z malutkim, ale jednak niepokojem, wmawiając sobie, że przecież podoba mi się „The 2nd Law”, a tak naprawdę oczekując raczej starych hitów jeszcze sprzed „The Resistance”. Liczyłam za to na fajne show. Przekornie można powiedzieć, że nie dostałam ani jednego, ani drugiego… Dostałam dużo więcej.
Na Atlas Arenę dotarliśmy bardzo szybko, bo na godzinę przed suportem. Było jeszcze wręcz pusto, więc ustawiliśmy się zadziwiająco blisko sceny. Godzina stania w miejscu zaczęła się już dawać we znaki, kiedy na scenę wskoczyli Everything Everything. Jak na suport przystało, robili co w ich mocy, by porwać publiczność. Muzycznie utrzymani w stylistyce zbliżonej do gwiazdy wieczoru, zaserwowali komplet mi osobiście w większości nieznanych, ale bardzo sympatycznych utworów. Głowa chodziła, nóżka skakała więc było ok. Kiedy się pożegnali, na scenie jak mróweczki zaczęli biegać technicy kończąc ostatnie przygotowania. Jeszcze tylko kilku panów akrobatów wciągnięto na linach pod strop sceny i już wszystkie oczy niecierpliwie wypatrywały bohaterów wieczoru.
O godzinie 21 wybrzmiały pierwsze dźwięki Unsustainable rozpoczynając niezwykły spektakl muzyczno-obrazowy angażujący wszystkie zmysły w jego odbiorze. Teatr świateł połączony z przenikającym umysł i trzewia dźwiękiem przyprawiał o ciarki na całym ciele wprawiając w stan będący połączeniem zaskoczenia i zdezorientowania. Właściwie każda kolejna chwila powodowała coraz większe zdumienie. Z góry w kierunku sceny zsunęła się ogromna piramida z telebimów, która zresztą potem szalała w różnych konfiguracjach, nad tłumem tańczyły kaskady laserów i świateł, kamera latająca niepostrzeżenie nad sceną wrzucała na wiszącą piramidę aktualne obrazy tego co dzieje się na scenie i wśród publiki przeplatane niesłychanymi, chwilami wręcz fabularnymi wizualizacjami – wszystko to, aby na koniec pożreć chłopaków zamykając ich wewnątrz owej piramidy. No i wreszcie to co najważniejsze – muzyka. Świetny dźwięk i rewelacyjna, przynajmniej jak dla mnie, setlista (http://www.setlist.fm/setlist/muse/2012/atlas-arena-lodz-poland-7bdada88.html). Przyczyny mojego niedosytu po odsłuchu „The 2nd Law” zostały wreszcie wyjaśnione. Te kawałki po prostu nie nadają się na zamknięcie ich na jakimkolwiek nośniku. One są stworzone po to, by słuchać ich na żywo. To wtedy dopiero można je tak naprawdę usłyszeć, poczuć, zrozumieć i pokochać. Sam wybór kawałków do set listy jest z pewnością zadaniem z każdą trasą coraz trudniejszym. Przy takiej ilości hitów nie da się wszystkich zadowolić. Osobiście byłam bardzo usatysfakcjonowana, ponieważ usłyszałam to, czego zabrakło mi w 2010 roku na CLMF, a mianowicie Stockholme Syndrome i moje ukochane Sunburn (nareszcie coś z Showbiz!!). Oczywiście najwięcej, bo aż 9, było utworów z najnowszego krążka, ale i tu pojawiły się te, na których mi najbardziej zależało (łącznie z Liquid State Chrisa, zamiast Save me, za którym nie przepadam). Matt świetnie łapał kontakt z publcznością, flirtując z nią szczególnie podczas Madness i Undisclosed Desires, i chwalił się coraz lepszą znajomością polskiego. A podobno kiedyś tak wzbraniał się przed byciem liderem i wokalistą – na scenie nie pozostaje nic z wrażliwego neurotyka. Dominic niemiłosiernie traktował swoje rozbudowane bębny, a podczas Uprising prezentował swoją znajomość kung-fu na wizualizacjach. Chris jak zawsze trochę jakby w cieniu, czego nie można powiedzieć o jego basie. Dopiero podczas Liquid State pokazał swoje pazury i całkiem przyjemne umiejętności wokalne.
Jeżeli miałabym czegokolwiek i to trochę na siłę się czepiać, to może tego, że troszeczkę brakowało mi gitary Matta. Było jej trochę za mało, za bardzo „płytowo”, standardowo, za mało jego nowych interpretacji. Szokiem było dla mnie też to, że zdarzyły się kawałki, podczas których Matt nie miał wcale przy sobie gitary, co byłoby nie do pomyślenia podczas dawnych koncertów. Nadal jednak uważam go za jednego za najlepszych współczesnych gitarzystów i artystów w ogóle.
Podsumowując, Matt, Dom i Chris ani trochę nie stracili swojej kosmicznej iskry. Z każdą płytą dostarczają nam coraz to nowszych i bardziej zaskakujących przeżyć bazujących już nie tylko na muzyce, ale na całej opowieści z nią związanej.
Może się komuś wydawać, że przesadzam roztkliwiając się tak w tym opisie i pompując owo wydarzenie do granic możliwości języka pisanego. Wszystkich, którym przeszło to przez myśl zapraszam na MUSE w wersji live. Bez tego wszelka polemika jest zbyteczna.
Ciężko było zdecydować co wrzucić, zdecydowałam się na początek i zakończenie (przed bisami). Ciary były od początku do końca.
Rzeczywiście muszę przyznać, że jechałam do Łodzi z malutkim, ale jednak niepokojem, wmawiając sobie, że przecież podoba mi się „The 2nd Law”, a tak naprawdę oczekując raczej starych hitów jeszcze sprzed „The Resistance”. Liczyłam za to na fajne show. Przekornie można powiedzieć, że nie dostałam ani jednego, ani drugiego… Dostałam dużo więcej.
Na Atlas Arenę dotarliśmy bardzo szybko, bo na godzinę przed suportem. Było jeszcze wręcz pusto, więc ustawiliśmy się zadziwiająco blisko sceny. Godzina stania w miejscu zaczęła się już dawać we znaki, kiedy na scenę wskoczyli Everything Everything. Jak na suport przystało, robili co w ich mocy, by porwać publiczność. Muzycznie utrzymani w stylistyce zbliżonej do gwiazdy wieczoru, zaserwowali komplet mi osobiście w większości nieznanych, ale bardzo sympatycznych utworów. Głowa chodziła, nóżka skakała więc było ok. Kiedy się pożegnali, na scenie jak mróweczki zaczęli biegać technicy kończąc ostatnie przygotowania. Jeszcze tylko kilku panów akrobatów wciągnięto na linach pod strop sceny i już wszystkie oczy niecierpliwie wypatrywały bohaterów wieczoru.
O godzinie 21 wybrzmiały pierwsze dźwięki Unsustainable rozpoczynając niezwykły spektakl muzyczno-obrazowy angażujący wszystkie zmysły w jego odbiorze. Teatr świateł połączony z przenikającym umysł i trzewia dźwiękiem przyprawiał o ciarki na całym ciele wprawiając w stan będący połączeniem zaskoczenia i zdezorientowania. Właściwie każda kolejna chwila powodowała coraz większe zdumienie. Z góry w kierunku sceny zsunęła się ogromna piramida z telebimów, która zresztą potem szalała w różnych konfiguracjach, nad tłumem tańczyły kaskady laserów i świateł, kamera latająca niepostrzeżenie nad sceną wrzucała na wiszącą piramidę aktualne obrazy tego co dzieje się na scenie i wśród publiki przeplatane niesłychanymi, chwilami wręcz fabularnymi wizualizacjami – wszystko to, aby na koniec pożreć chłopaków zamykając ich wewnątrz owej piramidy. No i wreszcie to co najważniejsze – muzyka. Świetny dźwięk i rewelacyjna, przynajmniej jak dla mnie, setlista (http://www.setlist.fm/setlist/muse/2012/atlas-arena-lodz-poland-7bdada88.html). Przyczyny mojego niedosytu po odsłuchu „The 2nd Law” zostały wreszcie wyjaśnione. Te kawałki po prostu nie nadają się na zamknięcie ich na jakimkolwiek nośniku. One są stworzone po to, by słuchać ich na żywo. To wtedy dopiero można je tak naprawdę usłyszeć, poczuć, zrozumieć i pokochać. Sam wybór kawałków do set listy jest z pewnością zadaniem z każdą trasą coraz trudniejszym. Przy takiej ilości hitów nie da się wszystkich zadowolić. Osobiście byłam bardzo usatysfakcjonowana, ponieważ usłyszałam to, czego zabrakło mi w 2010 roku na CLMF, a mianowicie Stockholme Syndrome i moje ukochane Sunburn (nareszcie coś z Showbiz!!). Oczywiście najwięcej, bo aż 9, było utworów z najnowszego krążka, ale i tu pojawiły się te, na których mi najbardziej zależało (łącznie z Liquid State Chrisa, zamiast Save me, za którym nie przepadam). Matt świetnie łapał kontakt z publcznością, flirtując z nią szczególnie podczas Madness i Undisclosed Desires, i chwalił się coraz lepszą znajomością polskiego. A podobno kiedyś tak wzbraniał się przed byciem liderem i wokalistą – na scenie nie pozostaje nic z wrażliwego neurotyka. Dominic niemiłosiernie traktował swoje rozbudowane bębny, a podczas Uprising prezentował swoją znajomość kung-fu na wizualizacjach. Chris jak zawsze trochę jakby w cieniu, czego nie można powiedzieć o jego basie. Dopiero podczas Liquid State pokazał swoje pazury i całkiem przyjemne umiejętności wokalne.
Jeżeli miałabym czegokolwiek i to trochę na siłę się czepiać, to może tego, że troszeczkę brakowało mi gitary Matta. Było jej trochę za mało, za bardzo „płytowo”, standardowo, za mało jego nowych interpretacji. Szokiem było dla mnie też to, że zdarzyły się kawałki, podczas których Matt nie miał wcale przy sobie gitary, co byłoby nie do pomyślenia podczas dawnych koncertów. Nadal jednak uważam go za jednego za najlepszych współczesnych gitarzystów i artystów w ogóle.
Podsumowując, Matt, Dom i Chris ani trochę nie stracili swojej kosmicznej iskry. Z każdą płytą dostarczają nam coraz to nowszych i bardziej zaskakujących przeżyć bazujących już nie tylko na muzyce, ale na całej opowieści z nią związanej.
Może się komuś wydawać, że przesadzam roztkliwiając się tak w tym opisie i pompując owo wydarzenie do granic możliwości języka pisanego. Wszystkich, którym przeszło to przez myśl zapraszam na MUSE w wersji live. Bez tego wszelka polemika jest zbyteczna.
Ciężko było zdecydować co wrzucić, zdecydowałam się na początek i zakończenie (przed bisami). Ciary były od początku do końca.
Wednesday, 1 August 2012
California na Bemowie - Impact Fest 2012
Skoro tak ładnie zapraszali to pojechaliśmy:)
Oj jak ja lubię te nasze festiwalowe wyjazdy... Sam festiwal jest oczywiście najsmaczniejszym daniem głównym każdego takiego wyjazdu, ale bez całej atmosfery tworzonej przez moją cudowną ekipę przyjaciół (nie tylko festiwalowych) byłby tylko płoną przekąską. Ale do rzeczy.
Wyruszyliśmy porą niemal nocną (5 rano!). Kierunek: "Warszawa-dobra zabawa". Już w samochodzie towarzyszyły nam oczywiście nuty nastrajające dodatkowo przed wydarzeniem oczekiwanego wieczoru. Po szybkim obiedzie i zakwaterowaniu w sprawdzonym już hostelu Nathan's Villa w Śródmieściu (polecam gorąco!!!!!) razem z resztą znajomych dojeżdżających z Krakowa wyruszyliśmy w dość długą i krętą drogę na Bemowo. W tym miejscu gorące podziękowania dla wszystkich nieznajomych, którzy szybko reagowali na nasze głośno wypowiadane wątpliwości co do sposobu dojazdu na festiwal i instruowali gdzie mamy wysiadać. Jeszcze tylko szybka wizyta w sklepie w celu wiadomym ;) i ruszyliśmy z tłumem w kierunku bramek.
Tu może od razu kilka słów o organizacji samego festiwalu. Chociaż wejście na jego teren przebiegało bardzo sprawnie, to od razu niemili zaskoczyło nas kilka drobiazgów. Nie dostaliśmy żadnego przewodnika z rozpiską co, gdzie, kiedy, anie nawet pamiątkowej smyczy czy bransoletki. Od razu też kopnął mocno w oczy napis zakazujący wyjścia poza teren festiwalu. Postój w jakiejkolwiek kolejce (do punktu wymiany pieniędzy na bony, piwa, coli czy WC) pożerał sporą część czasu, którą chętnie przeznaczylibyśmy na to, po co tu przyjechaliśmy. No i wreszcie to, co mnie najbardziej irytowało - brak zamkniętych stref gastronomicznych skutkujący tym, że wszędzie pod nogami walały się resztki jedzenia, kubków i kartonów po piwie, a samo piwo innych festiwalowiczów często lądowało na moich plecach podczas koncertu. Pomysł ze scenami skierowanymi do siebie też nas zdziwił. Jego plusem było to, że cały czas ktoś grał, nie było ciszy. Jednak uniemożliwiało to również bisy wykonawcom, którzy wtedy nakładaliby już swój dźwięk na tych z drugiej sceny, albo raczej po prostu opóźniali jego wyjście i tym samym cały line-up posypałby się. Do tego nie było się w stanie zobaczyć wszystkiego, chyba że z podłączoną dożylnie wodą/piwem i pampersem, do tego z nie najlepszych miejsc.
Zaczęliśmy od krótkiej posiadówy pod sceną Eventim. Ze sceny głównej słychać było Public Image Limited. Przyznam szczerze, że nie znam ich twórczości, ale dobrze się słuchało tych niepokojących dźwięków, chociaż miałam trochę wrażenie, że nie do końca tam pasowały. Zresztą chyba sam Lydon był trochę niezadowolony z odbioru, co chwilę rzucając w stronę nieco przerzedzonej publiczności, że ich nie słyszy, i że są kiepscy. Wreszcie na małą scenę wyskoczyli The Vaccines. Pod sceną zrobił się ruch powodowany głównie przez młodociane fanki przystojniaków. Reszta jednak nie bardzo dała się porwać brytyjskim rytmom. Być może dlatego, że niewielu znało ich muzyczne poczynania, a może dlatego, że panowie narzucili bardzo szybkie tempo, a przy lejącym się z nieba żarze każdy dodatkowy ruch powodował spory wypływ potu na całą powierzchnię ciała. Na szczęście ja miałam kompankę, z którą wyskakałam się tak, jak planowałam, nie oszczędzając przy tym gardła.
Jak tylko Szczepionki pięknie się pożegnały wszyscy szturmem ruszyli w stronę głównej sceny. Odpuściliśmy wpychanie się bliżej sceny na rzecz totalnego odlotu tanecznych skoków i innych dziwnych ruchów, które samoistnie wyzwalają się w człowieku tylko kiedy muzyka przechodzi przez ciebie w wersji live. I chociaż nie Sergio - pająka widziałam tylko kilka razy na telebimie - nie żałuję! Kasabian dostarczyło nam niesamowitych dźwięków. Czepiałam się wprawdzie trochę tego, że niezbyt dobrze słychać było wokalistę, a część elektroniczna nie miała takiego kopa jak powinna (szczególnie w moim ukochanym Underdog!), ale generalnie ich występ zaliczam do jednego z najlepszych jakie przeżyłam. Ani an chwilę nie zwalniali, a bukiet hitów jaki zaserwowali nie pozwalałam odpocząć przez ani jedną piosenkę. Podając nam na koniec "Fire" pozostawili nas zdecydowanie na głodzie, w oczekiwaniu na ich powrót!
Kasabian wymęczyło nas strasznie, że nikt nie miał siły już słuchać The Charlatans. Szybkie posilenie złotym napojem i i kierunek Main Stage. Minusem dużej grupy jest to, że co chwilę ktoś gdzieś się zawierusza, co również tym razem nam się przytrafiło i poskutkowało tym, że nie dotarliśmy tak blisko sceny jak planowaliśmy. Po kilku zmianach znaleźliśmy wreszcie miejscówkę w miarę dobrą, z której widzieliśmy telebimy i od czasu do czasu scenę. Tu jeszcze jeden duży zarzut do organizacji - scena chyba była ustawiona w jakimś dole, nie mówiąc już o pomyśle powieszenia telebimów prawie na równo z samą sceną! Z tego co wiem, powinny one służyć tym, którzy są daleko, a nie tym pod sceną bo oni i tak na nie nie patrzą:/
Jeszcze ostatnie chwile napięcia i są! Red Hot Chili Peppers!!! Ruszyli tak, jak się spodziewałam od Monarchy Of Roses. Początek był średni, za to kiedy już na drugim kawałku zagrzmiało Around the world zaczęło się szaleństwo! Każda kolejna piosenka dawała kolejny zastrzyk endorfin i adrenaliny. Na przemian lekko zwalniali i znów przyspieszali zarzucając nas kolejnymi hitami i niesamowitymi popisami podczas jamowania w różnych konstelacjach. Kiedy wybrzmiały ostatnie nuty By the way trudno było uwierzyć, że to już koniec. Jeszcze tylko bis i tyle? Ok, ale jaki bis! Bębny Chada uruchamiały każdy mięsień ciała, zawodzenie Flea i Josha "Sir Psycho, Sir Psycho jeeeeeee" wywoływało dziecięcy uśmiech na ustach, no i wreszcie finalna ekstaza na Give it away - to był zdecydowanie najmocniejszy moment koncertu, nie zdziwiłabym się, gdyby scena wyleciała wtedy w kosmos:)
Podsumowując - Papryczki nie zawiodły ani trochę. Anthony brzmiał świetnie, Flea szalał, chodził na rękach i ruszał oczywiście głową jak samochodowy piesek (chociaż już nie tak bardzo jak kiedyś...), Chad walił w bębny jakby były powodem wszystkiego złego, co go w życiu spotkało, a Josh....no właśnie co z Joshem? Różne opinie krążą o tym młodzieńcu. Moim zdaniem jest bardzo uroczy i jego niechlujstwo połączone z dziwnymi ruchami scenicznymi jest urzekające. Z pewnością jest dobrym gitarzystą, ale jego osobiste interpretacje tak wrośniętych już w nasze umysły riffów trochę mi przeszkadzały. Szczególnie irytowało mnie to w Scar Tissue, które podczas solówki przestało przypominać Scar Tissue. Jego brzmienie było bardzo (nie wiem jak to nazwać, nie jestem specjalistą) przesterowane, brzęczące i często zagłuszało zupełnie bas Flea, który daje przecież ten charakterystyczny paprykowy smaczek utworom panom z LA.
Na koniec jeszcze jedna bardzo osobista uwaga. Ponieważ odrobiłam sumiennie zadanie domowe i przed koncertem przeczytałam świetną autobiografię Kiedisa, odbiór koncertu był dla mnie dużym przeżyciem emocjonalnym. Prawie przy każdej piosence przed oczami stawały mi okoliczności jej powstania i historia, która ze sobą niesie. Apogeum tego nadeszło wraz z Under The Bridge. Zaskoczyła mnie nawet troszeczkę (bardzo mile oczywiście) jego obecność w setliście. Wiem, że to hit itd, ale od razu przypomniałam sobie jak Anthony pisał, że nie lubi tej piosenki bo jest dla niego trudna wokalnie i ma bardzo osobisty tekst o jednym z najtrudniejszych okresów jego życia. W każdym razie było to dla mnie bardzo ciekawe doświadczenie, kiedy wie się tak dużo o tych, którzy stoją na scenie, że ma się wrażenie, że się ich zna, że czuje się z nimi niemal nić przyjaźni. Polecam!
To byłoby na tyle. nasz wyjazd na tym się oczywiście nie skończył, ale resztą nie będę już zanudzać. Na koniec mogę tylko powiedzieć, że czekam na powrót Red Hot Chili Peppers do Polski, i wtedy już na pewno będę ich oglądać nie tylko na telebimie:)
Tuesday, 19 June 2012
Bliss

Nie mogło być inaczej! Kto jeszcze wybiera się przeżyć jedno z największych koncertowych doznań swego życia?? Po trailerze nowej płyty słychać, że Bellamy nie "statusiał", ani trochę więc na Łódź ruszajmy, na Łódź!!!
Sunday, 29 January 2012
DETOX w Lizard King
Imprezy spontaniczne najlepszymi imprezami są! To prawda stara i jakże prawdziwa. Wczoraj miałam niebywale miłą okazję przekonać się o tym osobiście. Znaleźliśmy się z naszą ekipą w krakowskim klubie Lizard King gdzie do rana bawiliśmy się z chłopakami z zespołu DETOX. Panowie dawali czadu, a ja miałam okazję doświadczyć zupełnie nowego dla mnie uroku koncertu klubowego. Atmosfera totalnie niesamowita i jakże odmienna od tej znanej mi z wielkich, plenerowych imprez. Dopiero wczoraj mogłam poczuć bliskość kapeli i moc płynącą z gitar znajdujących się tak zaskakująco blisko, na wyciągnięcie ręki. Strasznie fajne było również zobaczyć, jak kapele wspierają się nawzajem - co jakiś czas na scenę wpadał członek innego bandu z gościnnym udziałem w występie. Od razu przywiodło mi to na myśl początki wielkich kapel grywających w klubach czasem dla garstki osób, przemycających wśród kultowych coverów swoje własne kompozycje, o których tak często czytałam w ich biografiach. Miło widzieć jakiś zespół właśnie na tym etapie drogi (może niezupełnie - chłopaki grają już długo i mają na swoim koncie trochę osiągnięć http://pl-pl.facebook.com/zespoldetox ).

Wielkie dzięki dla chłopaków z DETOXu! Ale przede wszystkim wielkie pozdrowienia i podziękowania dla mojej wspaniałej ekipy, z którą wczoraj bawiliśmy się pod sceną!! I dzięki Żyrafowi za mój pierwszy w życiu koncert widziany z góry nad publiką!
We want more!!!

Wielkie dzięki dla chłopaków z DETOXu! Ale przede wszystkim wielkie pozdrowienia i podziękowania dla mojej wspaniałej ekipy, z którą wczoraj bawiliśmy się pod sceną!! I dzięki Żyrafowi za mój pierwszy w życiu koncert widziany z góry nad publiką!
We want more!!!
Thursday, 1 September 2011
COKE LIVE MUSIC mudda fuggin great FESTIVAL
CLMF 2011 jest już historią. Ale za to jaką historią!!
Ponieważ ostatnio cierpię na chroniczny brak czasu i nadmiar zupełnie dla mnie nowych obowiązków, wpis dotyczący CLMF będzie krótki i nie do końca merytoryczny, aczkolwiek bardzo emocjonalny.
Wreszcie pokusiliśmy się w tym roku na obydwa dni festiwalu. Tegoroczny line-up może mnie nie "zabijał" ale był bardzo bardzo interesujący. Tak, jak w poprzednich latach jechałam na festiwal głównie ze względu na jednego wykonawcę (The Killers, Muse), tak w tym roku miałam okazję zobaczyć i usłyszeć kilku lubianych przeze mnie artystów, chociaż brakowało mi wśród nich prawdziwego osobistego miażdżera (jakim był w zeszłym roku Muse).
A więc rozpoczęliśmy od końcówki White Lies (oczywiście moi ukochani koledzy nie są w stanie wyrobić się na godz 19 - nie ma takiej opcji). Szkoda bo bardzo chciałam ich zobaczyć w całości. Ale zdążyłam jeszcze zaśpiewać m.in. Bigger than us więc nie było najgorzej. Następnie Kooksi rozbujali nas skutecznie, poskakało się trochę, pośpiewało się trochę - dealerzy speeda nie mieli raczej zbytu tego wieczora, bo energia ze sceny nabijała baterie nawet tym najbardziej opornym na wdzięki gitar. No i wreszcie wyszli panowie z Interpolu. No i zaczęło się. Na takim koncercie jeszcze nie byłam. Bez podniebnych skoków, bez fajerwerków, bez wydumanej scenografii - do tej pory mam ciary na plecach jak wspominam chociażby Evil. I ten przeszywający wokal Paula Banksa...brrrr. Chyba wreszcie doświadczyłam co to znaczy trans.
Dzień drugi rozpoczęliśmy od Editorsów moich teraz jeszcze bardziej ukochanych. To zdecydowanie mój typ wszystkiego co lubię najbardziej w muzyce brytyjskiej. Thomas skutecznie czarował tego wieczora. Do tego nowe imponujące kawałki, które zapowiadają kolejną świetną płytę. Chłopaki wracajcie jak najszybciej do Polski!!
No i na koniec moje osobiste największe zaskoczenie tegorocznego Coke'a. Mr Kanye West. Nie powiem, że nie znam - w końcu mieszkam na planecie Ziemia. Nie powiem, że nie słucham - czasem na imprezach, w samochodzie dobrze buja, ale nie znam całej jego dyskografii. Nie powiem, że nie byłam ciekawa co pokaże. Tak naprawdę muszę jednak przyznać, że bardzo mnie zaskoczył. No to było rzeczywiście świetne show!!! Właściwie, gdyby rozpatrywać jego koncert w kategorii widowiskowości to mogę stwierdzić, że to najlepszy jaki dotąd widziałam. Kanye pokazał wszystkim swoje artystyczne zajawki, tworząc porywający spektakl. Do tego sprawił, że bujałam się z tłumem machając prawą ręką tak, jak kilkadziesiąt tysięcy ludzi wokół mnie do hip-hopowego beata - brawo Kanye! Zarażasz tym, co kochasz robić!
CLMF ma tylko dwie wady - trwa TYLKO dwa dni i jest TYLKO raz w roku.
See you next year festpeole!!!
Ponieważ ostatnio cierpię na chroniczny brak czasu i nadmiar zupełnie dla mnie nowych obowiązków, wpis dotyczący CLMF będzie krótki i nie do końca merytoryczny, aczkolwiek bardzo emocjonalny.
Wreszcie pokusiliśmy się w tym roku na obydwa dni festiwalu. Tegoroczny line-up może mnie nie "zabijał" ale był bardzo bardzo interesujący. Tak, jak w poprzednich latach jechałam na festiwal głównie ze względu na jednego wykonawcę (The Killers, Muse), tak w tym roku miałam okazję zobaczyć i usłyszeć kilku lubianych przeze mnie artystów, chociaż brakowało mi wśród nich prawdziwego osobistego miażdżera (jakim był w zeszłym roku Muse).
A więc rozpoczęliśmy od końcówki White Lies (oczywiście moi ukochani koledzy nie są w stanie wyrobić się na godz 19 - nie ma takiej opcji). Szkoda bo bardzo chciałam ich zobaczyć w całości. Ale zdążyłam jeszcze zaśpiewać m.in. Bigger than us więc nie było najgorzej. Następnie Kooksi rozbujali nas skutecznie, poskakało się trochę, pośpiewało się trochę - dealerzy speeda nie mieli raczej zbytu tego wieczora, bo energia ze sceny nabijała baterie nawet tym najbardziej opornym na wdzięki gitar. No i wreszcie wyszli panowie z Interpolu. No i zaczęło się. Na takim koncercie jeszcze nie byłam. Bez podniebnych skoków, bez fajerwerków, bez wydumanej scenografii - do tej pory mam ciary na plecach jak wspominam chociażby Evil. I ten przeszywający wokal Paula Banksa...brrrr. Chyba wreszcie doświadczyłam co to znaczy trans.
Dzień drugi rozpoczęliśmy od Editorsów moich teraz jeszcze bardziej ukochanych. To zdecydowanie mój typ wszystkiego co lubię najbardziej w muzyce brytyjskiej. Thomas skutecznie czarował tego wieczora. Do tego nowe imponujące kawałki, które zapowiadają kolejną świetną płytę. Chłopaki wracajcie jak najszybciej do Polski!!
No i na koniec moje osobiste największe zaskoczenie tegorocznego Coke'a. Mr Kanye West. Nie powiem, że nie znam - w końcu mieszkam na planecie Ziemia. Nie powiem, że nie słucham - czasem na imprezach, w samochodzie dobrze buja, ale nie znam całej jego dyskografii. Nie powiem, że nie byłam ciekawa co pokaże. Tak naprawdę muszę jednak przyznać, że bardzo mnie zaskoczył. No to było rzeczywiście świetne show!!! Właściwie, gdyby rozpatrywać jego koncert w kategorii widowiskowości to mogę stwierdzić, że to najlepszy jaki dotąd widziałam. Kanye pokazał wszystkim swoje artystyczne zajawki, tworząc porywający spektakl. Do tego sprawił, że bujałam się z tłumem machając prawą ręką tak, jak kilkadziesiąt tysięcy ludzi wokół mnie do hip-hopowego beata - brawo Kanye! Zarażasz tym, co kochasz robić!
CLMF ma tylko dwie wady - trwa TYLKO dwa dni i jest TYLKO raz w roku.
See you next year festpeole!!!
Friday, 24 June 2011
Niech Myles dośpiewa czego powiedzieć nie mogę
Massive thank you!!
Subscribe to:
Posts (Atom)


